Obserwatorzy

czwartek, 25 października 2012

Pierwsza odsłona biura i filiżankowe losowanie

Zacznę o końca, czyli od losowania. Chociaż ... wbrew temu co zostało napisane, u mnie pierwsi pozostają na swoim miejscu i ... filiżanki polecą/pojadą do Małgosi, do mojego Gdańska :))
W międzyczasie dopytywałam Was czy pozostawienie komentarza jest równoznaczne z chęcią wzięcia udziału w losowaniu, nie chciałam żadnej z Was pominąć. Tak bardziej z obserwacji wiem, że różnie to bywa z zabawami, a zależało mi, żeby szanse były jednakowe. Najchętniej obdarowałabym każdą z Was, ale komplet filiżanek był tylko jeden. Małgosiu, mam nadzieję, że herbatka i kawa będą smakowały! :))

Bardzo brakuje mi regularnego blogowania. Szczególnie regularnego czytania Waszych blogów, które są dla mnie inspiracją, oderwaniem od rzeczywistości ... Mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy. Biuro zaczyna nabierać kształtów i ... kolorów. Chociaż poza białym, czarnym i zielonym niewiele tych kolorów się znajdzie, ale myślę, że to mi wystarczy. A jak nie to sprawię sobie super-wesołe-kolorowe dekoracje ścienne lub dywanik na podłogę. Sporo pracy kosztowało mnie dopasowanie tego co miałam do nowego wnętrza. Dziś pierwsza odsłona:


Moje wymarzone biurko na koziołkach i krzesłko/fotel wg projektu małżeństwa Eames. Krzesełko wpadło mi w oko na blogu Marty i chociaż w moich domowych wnętrzach nie byłoby dla niego właściwego miejsca w  "pracowni" dyktuje reguły :) Nie jest to niestety oryginał a jedynie inspiracja dostępna na Allegro, ale w zupełności spełnia moje oczekiwania. Stało ponad dwa tygodnie pomiędzy kuchnią i jadalnią i było jednym z ulubionych miejsc do "zasiadywania się". Myślę o takim krzesełku do pokoju Julki, jest leciutkie, nie będzie rysowało podłogi ma jedną, jedyną wadę ... cenę ... Dlatego myślę, może św. Mikołaj mi je przyniesie ;)


Koziołki, zakupione w Ikea, zmontowałam sama :)) No może niecałkiem. Przy bardzo absorbującej pomocy Marcinka. Ale najważniejsze, że nam się udało! :) Wymagają jeszcze polakierowania, narzędzia i środki widać w tle. Niebawem się za nie zabiorę. Blat nie jest moim wymarzonym. Niestety, jak to często bywa, w trakcie okazało się, że nie ma takich gotowych blatów, jaki sobie wymyśliłam. A nawet, jeśli udałoby mi się kupić to okaże się do niczego i powinnam specjalny zamówić. Wykonałam kilka telefonów i nie ma szans na szybkie zrealizowanie zamówienia, które dodatkowo wcale nie będzie tanie. Darowałam sobie, pozostanę przy tym, widoczynym na zdjęciu, lekko wzmocnionym. Może kiedyś doczekam się tego, wymarzonego ... :) 


Niewiele rzeczy zabrałam ze "starego biura". Z mebli to tylką ten "kontener" widoczny tutaj. Był w kolorze calvados, który już mi się bardzo opatrzył przez ostatnie lata i dodatkowo zupełnie nie pasowałby do tego wnętrza. Wałek w dłoń, farba Dulux do drewna i metalu, i mam przemalowaną szafkę. Nie powiem, żeby było to trwałe posunięcię, ale "na jakiś czas" wystarczy. Szafka nie jest zbyt mocno eksploatowana. Jeszcze potraktuję ją lakierem (dlatego brakuje uchwytów) i może przetrwa troszkę dłużej. Po tej "metamorfozie" wiem, że malowanie mebli nie jest moją mocną stroną. Naczytałam się, jakie to proste, że można na różne sposoby: od zwykłej gąbki do naczyń po pędzel (w moim przypadku sprawdził się jedynie wałek), że wystarczą 2 warstwy (po 3 uważam, że i 4 byłaby wskazana) i myślałam, że to taka bułka z masłem. Dziękuję, wolę suchą bułkę. Byle było łatwiej ;)


Goście będą mogli wypić kawę/herbatę przy stoliku, którego podstawą będzie stara maszyna:


Kiedyś, od innego Pana Janka, też ze skupu złomu, dostałam podstawę do maszyny. Była paskudnie zanieczyszczona, tłusta i oklejona kurzem. Trochę pracy kosztowało mnie oczyszczenie jej,  najpierw         "z grubsza" zwykłym zmywakiem do naczyń na sucho, potem w niektórych miejscach papierem ściernym. Na koniec benzyną ekstrakcyjną w celu odtłuszczenia i hammerite'm aby zabezpieczyć przed rdzą i nadać koloru, matowego czarnego :)
  


Krasnala poniżej dostrzegłam dopiero w trakcie odnowy maszyny. Polubiliśmy się, chyba :)


Maszyna przed meatomorfozą ...


A jak już się rozpędziłam to oczyściłam też i wymalowałam stary stojak na parsole. W moim biurze będzie pełnił funkcję "mapnika". Przeróżnych map mam pod dostatkiem i muszę gdzieś je zrolowane trzymać. Będą sobie dostojnie stały w starym parasolniku



wcześniej zżerałago rdza, a który wypatrzyłam w sklepie z używanymi meblami:


A na koniec ...

 podstawa maszyny od Pana Janka z poprzeniego wpisu. Stoi sobie w domku na narzędzia. Potraktowana srebrolem pewnie najpierw trafi do piaskowania, a potem ... zobaczymy. Blat i szufladka są piękne i zostaną odnowione. Mechanizm maszyny jest  zdobiony, pewnie przy niewielkim wkładzie całkiem sprawny, sfotografuję w najbliższym czasie. Nie wiem czy kiedyś będę szyła na niej, może znajdą się nowe dobre ręce? Hmmmm. Sprawa jest do przemyślenia :) Jeśli się znajdą to będę szczęśliwa.

Mam nadzieję, że chociaż odrobinę się Wam wytłumaczyłam. Bo tak naprawdę to moje organizowanie biura odbywa się w wolnych chwilach. Poza tym muszę normalnie pracować (a to wiąże się ostatnio z bardzo dalekimi jak dla mnie wyjazdami), przygotowywać dokumenty, spotykać się klientami i oczywiście pełnić rolę mamy i żony :)
Mam nadzieję, że ta gonitwa już wkrótce się skończy. Przede mną niedługi wypoczynek w Gdańsku, za dwa tygodnie ale już się cieszę :)

Pozdrawiam Was gorąco, życząc aby ten pierwszy dzień zimy, który na jutro zapowiadają okazał się nie taki najgorszy! :))

poniedziałek, 15 października 2012

O "nowych" starych klamocikach i wizycie u p. Janka :)

Kochane,
ten post noszę w sobie od dawien dawna, a właściwie od wizyty u tytułowego p. Janka (którego imię zostało wymyślone, na potrzebę tego wpisu).
Kocham stare graty, kocham miłością bezwarunkową i zdarza się, że nawet coś zupełnie zwykłego mnie urzeknie i nie potrafię przejść obok bez jednego zerknięcia, czasem dwóch, czasem ... to coś zostaje ze mną na zawsze. Może to jakaś magia łącząca mnie i to konkretne Coś :)
Wracając do p. Janka ... to jest to jeden z moich ulubionych klientów. Prosty, a zarazem niesłychanie sympatyczny "gość". Lubię z nim wypić kawę i pogadać o życiu, o ludziach. Zazwyczaj to p. Janek mnie odwiedza, ale ostatnio z powodu chwilowego braku biura to ja odwiedzam go częściej. P. Janek prowadzi skup złomu. Kiedyś powiedziałam mu, że marzy mi się stara maszyna do szycia ... i za dwa tygodnie maszyna czekała na moją aprobatę, po kolejnym tygodniu była już w moim domu! :)) Maszyną na pewno się pochwalę, jak zrobię jej zdjęcia, bo do tej pory jakoś się nie złożyło.
Pewnego dnia p. Janek zaprosił mnie do miejsca, które kupił dobrych kilka lat temu, za niezbyt wygórowaną cenę, do miejsca przeznaczonego na docelowy skup złomu.
I co ja miałam powiedzieć gdy zobaczyłam to:
Takie stare budynki mnie zachwycają ale co z tego jak i tak nigdy nie byłoby mnie stać na ich utrzymanie, że o kupnie nie wspomnę :( I tylko mnie boli, że w tej starej mleczarni powstanie coś co zupełnie do niej nie pasuje. P. Janek zrobi co w jego mocy i nalepiej jak umie ... hmmmm.

Nie odmówiłam sobie przyjemności "zwiedzenia" owego budynku. Wspięłam się nawet na stryszek zamieszkiwany przez tchórze bądź inne łasice. Ach, czego tam nie było ... kiedyś. Niestety, od paru miesięcy trwał "remont" i niewiele do podziwiania zostało, kilka rzeczy, przygotowanych na śmietnik powędrowało do mojego auta:

przede wszystkim karton glinianych i ceramicznych donic, czasami lekko uszczerbionych, ale wiosną na pewno w każdej posadzę jakiegoś kwiatka :))


i obrazek, dziś już wyczyszczony czeka na swoje miejsce. Może w nowym biurze?

Przywiozłam również gliniany garnek, taki do kiszenia ogórków, oczywiście zdjęć brak ... posadziłam w nim wrzosy, ale garnek jak to garnek jest bez dziurki i chyba wrzosy zgniły. Podobno wrzosy nie przynoszą szczęścia domownikom jeśli rosną koło domu, więc nie jest ich mi żal.

Mleczarnia była wyposażona w ogromny "piec". I na szczęście pozostał do dziś. P. Janek kocha wynalazki techniki. Zbiera stare traktory, maszyny rolnicze, armaty ... Dzięki tej jego miłości stary napęd lokomotyw nie trafił na złom. Tak, do wytwarzania ciepła oraz na potrzeby technologiczne w mleczarni zainstalowano "kocioł" stosowany w lokomotywach. Obudowano go cegłą szamotową i tak sobie istnieje, do dziś:



Prosiłam p. Janka aby zatrzymał dla mnie starą drewnianą szafę (jedyną która ocalała po poprzedniej zimie) i emaliowaną wannę. Czy zatrzyma, to się okaże, bo niebawem pewnie tam zawitam. Wciąż mam nadzieję, że będą na mnie czekały.

Pozostając w temacie "staroci" chciałam się Wam pochwalić kilkoma drobiazgami, które udało mi się kupić za niewielkie pieniądze w sklepach z używanymi meblami i nie tylko meblami:

talerz za 4 zł


Pucharek, który służy mi za świecznik na duży tea-light - 1zł



Pojemniki na cukier, kawę, herbatę - które już kiedyś pokazywałam w poście o moim domku (klik):


I jeden z ostatnich zakupów:

6 niewielkich filiżanek i 5 względnie pasujących spodków. Tyle było w sklepie :) Znaczy się filiżanek było więcej ale pasujących spodków już nie. Kupując to myślałam o moich klientach i "małej czarnej" którą będą u  mnie mogli wypić. Ale sobie pomyślałam, że odwiedzający mnie klienci z reguły przyjeżdżają na dłużej i raczej taka "mała" kawa ich nie usatysfakcjonuje. W domu pijemy kawę w kubkach więc chętnie oddam te "cudeńka" w dobre ręce. Zapisy przyjmuję przez tydzień, potem odbędzie się losowanie. To jest losowanie tylko dla tych z Was, które choć raz zostawiły ślad swojej bytności na moim blogu (wyłączając zapisy pod candy). Innych warunków udziału w losowaniu nie ma - tylko wyraźcie w komentarzu chęć wzięcia udziału w losowaniu. Aha, filiżanki są "made in china" a spodeczki Eschenbach Bavaria.

Pozdrawiam Was ciepło, jesiennie. Przede mną meblowanie biura, dziś odbieram klucze, więc pewnie znowu nie będzie mnie jakiś czas, ale staram się Was odwiedzać i choć od czasu do czasu skrobnąć słówko, albo dwa.