Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prace ręczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prace ręczne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2014

Niezbyt pomyślny początek Nowego Roku.

Do napisania tego posta zabrałam się tydzień temu. Miało być o przedświątecznego gonitwie, chwili spędzonej w Gdańsku i ataku wirusów, który ma też swoje dobre strony. Ale już nie jestem pewna tych dobrych stron, bo o ile dwa-trzy dni w łóżku są do zniesienia pomimo palącego gardła,to zapalenie tchawicy i nieustający kaszel - nie bardzo.
W chwili lepszego samopoczucia zabrałam się za nadrabianie zaległości w czytaniu blogów i u większości z Was wirusy, anginy i inne paskudztwa wiodą prym. Nie wiem czy to czasem nie zasługa tej pięknej pogody za oknem, która choć cieszy to sprzyja panoszeniu się wszelkich chorób.
Poległyśmy z Julką na dobre ale  w tym czasie Julka przeczytała Anię z Zielonego Wzgórza, do której robiła kilka przymiarek, a ja dwa z moich prezentów od św. Mikołaja. Co prawda plany miałam całkiem inne (np. zrobić to, czego nie udało się przed świętami, nadrobić zaległości pracowe) ale jak to zwykle bywa, nie można za wiele planować, bo życie płata przeróżne figle.
Św. Mikołaj jak zwykle był bardzo hojny i obdarował nas wieloma ciekawymi książkami, foto nie będzie, ale jak by dobrze policzyć do kilkanaście sztuk się zbierze. Miałam dylemat od czego zacząć bo i różne inne nowości - zaległości na półkach stoją, ale wybrałam "Ludzkie gadanie" czyli rozmowy Marii Szabłowskiej i Krzysztofa Szewczyka. Polecam i obiecuję solennie, że choć krótkie moje wrażenia znajdą się w najbliższym poście. Jakby nie było, choć wirus męczył, wchłonęłam te wspomnienia błyskawicznie i wrócę do nich niebawem, na spokojnie :) Tymczasem o książce możecie poczytać tutaj.

Między świętami, na chwilkę wpadliśmy do Gdańska. Ta chwilka to dwa całe dni plus jeden wieczór i jeden poranek. A w tym czasie świętowaliśmy urodziny mojej Mamy, spotkałam się z przyjaciółkami z liceum (ściskam Was bo wiem, że zaglądacie!) - to zawsze są cudowne chwile, choć czasem mamy rozbieżne spojrzenie na różne rzeczy, spędziliśmy wieczór z przyjaciółmi z podstawówki i czasów policealnych (takie spotkania na długo pozostają w pamięci), odwiedziliśmy moją babcię - jedna wielka gonitwa. Aaa i z moją siostrą, która spędzała święta z rodzicami, miałyśmy swój pierwszy wspólny raz - nie przyznam się czego ;) W każdym bądź razie to był jeden wielki maraton, choć miałam też chwilę dla siebie i czas na spacer moimi ulubionymi uliczkami, "pocztówka" dla Was (nie było kiedy jej opublikować):


moja ukochana, ul. Mariacka


Święta, jak co drugi rok, spędziliśmy w domu. I znowu obiecywałam sobie, planowałam, że do kolacji wigilijnej usiądę wypoczęta (bo wcześniej wszystko przygotuję), ale się nie udało. Pewnie to kwestia zorganizowania (niestety dużo mi brakuje do wielkopolskiej gospodyni), ale wciąż wyszukuję sobie nowe zadania. W tym roku poza tradycyjnymi obowiązkami wyszydełkowałam kilkadziesiąt różnych ozdób, które widzieliście już wcześniej, wszystkie wysłane kartki sama skleiłam, poniżej trzy, z których najbardziej byłam zadowolona (podpisane Pracownia na zapiecku - bo były opublikowane już wcześniej):





Tą ostatnią wyhaftowałam w ramach zabawy "Wyszydełkuj sobie święta" (haft był dozwolony ;) ) i ku mojemu zaskoczeniu zostałam wyróżniona i obdarowana świątecznymi drobiazgami przez jedną z organizatorek :))

Przed świętami z Dark Raven z bloga Między Babami zorganizowałyśmy sobie wymiankę. Za moje szydełkowe gwiazdki dostałam ozdoby z masy solnej. Są cudne i jeszcze dobrze się im nie przyjrzałam a już dzieci rozdzieliły je między siebie :) W biegu udało mi się je sfotografować:


Kiedyś zabrałam się za ozdoby z masy solnej, ale zdecydowanie lepiej wychodzi mi szydełkowanie :))

Moja paczuszka poza obiecanymi gwiazdkami na szydełku (zdecydowanie szybciej się je robi i wymagają mniej zachodu niż masa solna) przygotowałam drobną niespodziankę dla Agi, a właściwie jej synka. Niedoskonałą, bo to mój pierwszy decoupage, ale myślę, że to będzie sympatyczna pamiątka:



Szczegóły tych moich wszystkich poczynań ręcznych znajdą się już wkrótce w Pracowni na zapiecku.

Chciałam jeszcze w tym poście zmieścić ciasteczka, które piekłyśmy z Julką wg przepisów zamieszczonych w książce Magdy z Zapachu Wspomnień - ale te Ciasteczka zasługują na osobny post :))

Zmykam pisać na zapiecek, a Wam życzę dużo zdrówka!

Ania

poniedziałek, 14 października 2013

Stało się :))

Na nowym - robótkowym blogu opublikowałam pierwszy post. Jeśli będziecie mieli ochotę poznać szczegóły moich robótek zapraszam do Pracowni na Zapiecku.
Aby nie utrudniać Wam życia, w Domu na Ogrodowej będą też się pojawiały zdjęcia tego co akurat powstało, aby poznać szczegóły możecie zajrzeć na zapiecek.

Dziś ukazał się tam post o sowach i czekoladownikach zrobionych z okazji Dnia Nauczyciela.

Czekoladowniki - kartonowe opakowania na czekoladę okleiłam najprościej jak się dało, papierem do pakowania prezentów. Spotkałam ostatnio przepiękny papier, zauroczył mnie do tego stopnia, że pobiegłam kupić "na zapas" :))) Myślę, że tak opakowana czekoladka stanowi miły, niezobowiązujący podarunek, świadczący o sympatii jaką darzymy nauczycieli i nasze kochane, przedszkolne Ciocie :)))






Sowy całkowicie skradły moje serce. Nie tylko moje. Najpierw powstały Julki mitenki  z sowami



a potem malutkie zawieszki, dołączone do czekoladek.



To na pewno nie ostatnie sówki. Następne "już w drodze" :D

Z okazji Dnia Edukacji wszystkim nauczycielom życzę aby ta ciężka (często syzyfowa ;) ) praca przynosiła satysfakcję, radość i była zdecydowanie spokojniejsza, niż obecnie.

P.S. Dziękuję za wszystkie rady i słowa otuchy pod poprzednim postem :))) Sama jestem ciekawa jak to będzie działać. Dziś musiałam nieźle się nagłowić aby przypomnieć sobie nawę użytkownika wpisaną w bloggera aby dostać się do Zapiecka :D

niedziela, 26 maja 2013

Na Dzień Mamy! :))

Wszystkim Mamom z okazji tego wyjątkowego dnia,
życzę dużo słońca w życiu, radości, pogody ducha,
pociechy z pociech, 
chwili dla siebie wtedy gdy jest to potrzebne!

Mojej Mamie pomiędzy codzienną bieganiną posklejałam i wyszydełkowałam karteczkę:




Buziaki ślę i przepraszam, że tak mało mnie w tym wirtualnym świecie, niestety życie płata różne figle i w realu doba jest z krótka ... :(

sobota, 9 lutego 2013

Sean McMission i trochę wiosny w biurze :)

Karnawał ma się ku końcowi, właściwie kto może, dziś gdzieś się bawi :) Mi już od paru lat zabawy nie w głowie, chociaż może by i były w głowie ale nie mam z kim dzieci zostawić, nikt nie pała chęcią zaopiekowania się moimi skarbami, a właściwie tym młodszym mamisynkiem :( I tylko on w tym roku bawił się na balu przebierańców.

Gdy zerkam wstecz to przypominam sobie, że nieraz marudziłam szykując Julce stroje karnawałowe. Zawsze wymyślała coś na ostatnią chwilę i miałam mało czasu na przygotowania. A czasami trzeba było stworzyć i skleić mnóstwo kwiatów, piór itp. Ale to było nic.
Jak pisałam w ubiegłym roku (tutaj) wszelkie przebrania staram się robić sama bo frajda przy tym niemała a i zazwyczaj stroje są oryginalne i inne od tych z wypożyczalni, że o wydatkach nie wspomnę ;)
W tym roku Julka, już czwartoklasistka nie miała balu, a Marcin ... wymyślił, że chciałby się przebrać za Seana McMission. Dla niewtajemniczonych: to autko-superagent JKM z filmu Auta 2.
Hmmmmm, jak przebrać dziecko za samochód? Czasu miałam niewiele, bo przez jakiś czas słyszałam, że w ogóle się nie będzie przebierał. Po krótkim namyśle wymyśliłam, że zrobię cztery kartonowe koła, po jednym do rąk i nóg, uszyję pelerynkę (ręcznie bo nie mam maszyny) i zrobię maskę. Pewnie gdybym miała czasu więcej i jeszcze maszynę i synka bardziej cierpliwego (nie chciał nic przymierzyć i wszystko robiłam "na oko" więc maska jest zdecydowanie za mała i oczy za wysoko ;) ) to efekt mógłby być ciekawszy. Ale i tak myślę że nie wyszło najgorzej :))



Poniżej mój Sean bez maski :D W domu, już po balu, koła w ciężkim stanie :))



Całości dopełniały dwa pistolety - w przedszkolu :)



Znacie, pamiętacie jakieś nieprawdopodobne przebrania??? Podzielcie się, bo nie wiem kim Marcin będzie w przyszłym roku :))

A teraz trochę wiosny w  moim biurze, o którym pisałam już tutaj:





Niestety stolik  nie ma jeszcze docelowego blatu, bo chciałabym aby był solidny, drewniany, ale myślę, że i na to przyjdzie czas :)



A ten kącik czeka na zagospodarowanie. Chciałabym ożywić białe ściany, tylko nie wiem jeszcze czym i jak. Naprzeciwko biurka, obok wejścia wisi wianek od Graszki, dziękuję :* To wyjątkowy prezent i bardzo od serca :))


 Szampańskiej zabawy życzę wszystkim tym, którzy właśnie gdzieś się szykują ... Niestety ja na białą salę, ale za to w towarzystwie Urszuli Dudziak, której wspomnienia właśnie czytam. Nie jest moją ulubioną jazzową wokalistką ale podziwiam ją za pogodę ducha, za determinację, za to że jest przemiłą i ciepłą osobą. A tico tico bardzo lubię:


Miłego wieczoru :)



wtorek, 22 stycznia 2013

W roli faceta ...

... zupełnie się nie sprawdzam. Chociaż chyba w roli kobiety też nieszczególnie, przynajmniej dzisiaj :D
Od samiutkiego rana biegałam dziś jak nakręcona, no bo jakże, urlop od jutra zaplanowany (chociaż pod wielkim znakiem zapytania, ale o tym dalej) więc w pracy trzeba się obrobić, dokumenty przygotować, powypychać co trzeba. Udało się wszystko tak poukładać: dokumenty, spotkania żeby jeszcze wyjść z pracy o przyzwoitej porze. Do kwiaciarni tylko wstąpić nie zdążyłam. Jeszcze przed pracą dałam Marcinowi czekoladki dla Babci (bo przed pracą Marcina musiałam do Babci odstawić) ale kwiatek to zawsze kwiatek. Niestety, musiało obyć się bez ... bo jak się okazało dziś na naszej ulicy ksiądz kolęduje. O koszmarnie dziwnej godzinie - 14.30. Przecież nawet na wsi ludzie o tej porze pracują! No ale cóż, nie przyjąć księdza nie przystoi więc po pracy: pędem po Marcina, na pocztę, do domu. Do tego dwie torby: komputer + dokumenty, drukarka w trzeciej torbie z zapasem papieru i tonerów (bo jednak wszystkich papierów wypchnąć się nie udało). Uffff ... udało się, pomimo zasp dotarłam. Śniegu już z auta nie zmiotłam więc później w garażu czekała mnie dodatkowa robota, ale o tym też chwilkę później.

Ufff ... dotarłam, ale to już 14.45 ... eeeee może w tym roku znowu kolędę zaczną od Zielonej a nie Ogrodowej? Jeszcze zdążyłam powiedzieć mężowi, że najbardziej frustrujące jest to całe czekanie, bo nigdy nie wiadomo, od której ulicy zaczną kolędować i równie dobrze mogą przyjść za 10 minut jak i za 3 godziny. Chyba to nie była dobra pora do takiego komentarza bo ledwie przygotowałam lichtarze i pasyjkę, wodę święconą gdy ministrant zadzwonił domofonem. Hmmm ... a tu stół nie nakryty, Marcin z dziurą, co to akurat dziś musiała się na kolanie zrobić ... No dobra, niech będzie. Kolejny frustrujący moment. Ministrant przychodzi podczas gdy ksiądz "kolęduje" u sąsiadów dom wcześniej. O czym tu z takim chłopiną rozmawiać? Ani ja nie znam jego, ani on mnie. Na szczęście tym razem ksiądz, będący w gościnie, szybko kolędował i za 10 minut zjawił się u nas. Przez te 10 minut dopięłam to co było niedopięte, przynajmniej powierzchownie, w szczegóły zagłębiać się nie będę (w końcu ksiądz to facet i może nie wszystko zauważył). Ksiądz nie wiem który to już raz spisał wszystkie nasze dane: imię, nazwisko, data urodzenia, zawód w przypadku dorosłych, data ślubu, parafia, w której był ślub brany itd itp. Zastanawiam się po co mu to? Przecież proboszcz w dokumentach powinien to wszystko mieć. Kiedyś kościelne archiwa były najpewniejsze. Mąż, który w tym roku wyjątkowo zadowolony przeczekał kolędę we własnym łóżku, coś tam mi o ochronie danych osobowych pomarudził. Ale myślę sobie, że one chyba są dość dobrze chronione, bo chciej tu człowieku coś od księdza wyciągnąć. Chyba że masz układy dobre, albo portfel nie byle jaki ... Kiedyś, gdy przyjaźniłam się z księżmi z mojej rodzinnej parafii kolęda była fajnym wydarzeniem bo spotykaliśmy jak dobrzy przyjaciele, Mama zawsze przygotowała kolację, na którą po skończeniu kolędowania przychodzili księża. To był jedyny okres gdy kolęda sprawiała przyjemność. Nie wiem do końca jaki jest sens tej tzw. wizyty duszpasterskiej. Gospodarze podenerwowani (żeby nie napisać w stresie), ministrant ledwie żywy, zachrypnięty intonował kolędę ... A ksiądz, chwila moment, gadka-szmatka i poszedł.
Tyle chociaż dobrego z tej ekspresowej kolędy, że popołudnie mieliśmy w miarę wolne i spokojne. To znaczy kto miał ten miał, na pewno nie ja.
Mąż mój drogi, lat czterdzieści i coś, unieruchomiony na dobre został - od piątku z różyczką się zmagając. Jak na złość śniegiem od piątku sypnęło. Pierwsze odgarnianie śniegu sprawiło mi przyjemność wielką, a co tam, jeszcze nikomu trochę ruchu nie zaszkodziło. Szczególnie, że całe popołudnie spędziłam z Marcinem u lekarza, który orzekł przejściowe zapalenie biodra.
W sobotę rano było gorzej, bo żeby po zakupy wyjechać musiałam trochę poodgarniać, a śnieg sypał i sypał... Wieczorem kolejne odśnieżanie, było miło, ale już nie tak jak w piątek. Do tego wiadomo, inne obowiązki domowe ... ech, szkoda gadać.
Niedziela była całkiem przyjemna, choć mroźna (najważniejsze, że śnieg nie padał!) :)) Za to wieczorem się zaczęło: zadymka taka, że domu po drugiej stronie drogi nie było widać. Rano jeszcze jakoś wyjechałam, nawet wróciłam do domu jakoś ... ale to nie były komfortowe warunki. Po księdzu, nakarmieniu głodnych chłopaków poszłam odśnieżać. Od tego wiatru zaspy się porobiły okrutne, łopata niezbyt przystosowana do trudnych warunków pracy, bo plastikowa gięła się przy każdej zaspie. Po godzinie wokół domu jakoś wyglądało, może rano uda mi się wyjechać, jak mi drogę odśnieżą oczywiście, bo dziś już ledwie ledwie przejechałam.
Po odśnieżaniu jeszcze czekało mnie zbieranie wody w garażu, która spłynęła z mojego zasypanego auta. W końcu coś, co powinnam dobrze zrobić, jakby nie było to ja sprzątam nasz dom. Pożałowałam mężowi i kupiłam mu byle jakie wiadro (garaż i kotłownia to jego królestwo a ja jestem tam ledwie tolerowana) i mam za swoje. Pod koniec mycia i zbierania tej wody wiadro się przewróciło i cała robota na marne. Już nie będę taką sknerą. Oddam mu swoje stare domowe wiadro, a sobie kupię nowe ...
Planowałam wyjazd do rodziców na jutro ... hmmm, jutro na pewno nie pojadę, może w środę? T. chory, nawet na dworzec zawieźć mnie nie może, autem w taką pogodę podróż mi się nie uśmiecha. A już myślałam, że tym razem bez większych problemów się obędzie. Marcin od czwartku do przedszkola nie chodził (bo się na nóżkę skarżył) więc była szansa, że nie przywlecze jakiegoś paskudztwa. No to T. się musiał rozłożyć :((( I cóż ja mam począć???

Wiedząc, że czeka mnie wyjazd do Gdańska nie wysyłałam mojej Babci kartki, chciałam wręczyć jej osobiście, tym bardziej, że sama ją zrobiłam.
Karteczka odpowiada na wyzwanie na blogu 123scrapujty ale ... po obejrzeniu tych wszystkich profesjonalnych i cudownych prac nie mam śmiałości jej zgłosić, tak wiele muszę się jeszcze nauczyć. Karteczka, choć bardzo skromna, mi osobiście się podoba, włożyłam w nią dużo serca, szczególnie w koronkę (o wiele trudniej obrabiać papier niż materiał) i myślę, że Babci też będzie się podobała :))  Zdjęcia fatalne, pomimo, że biegałam od lampy do lampy z jadalni do kuchni, z kuchni do pokoju ... :((






Tu z grosikiem, dla ukazania "wielkości" kwiatków zrobionych z cieniutkiego kordonka do obrębiania chusteczek.
Kiedyś obowiązkowo robiłam Babciom i Dziadkowi laurki. Teraz mobilizuję do tego dzieci, sama przechowując wszelkie laurki i prace ręczne na pamiątkę. Niech ta karteczka będzie taką właśnie laurką! :))

Pozdrawiam serdecznie i ściskam gorąco. Mam nadzieję, że wkrótce odezwę się jednak z Gdańska! :)

P.S. I stało się, wieczorem przejechał pług. Rano pod bramą miałam pół metrowe zaspy, tego co pług zgarnął z drogi i to co od nowa nawiało. Po 1,5 godziny odśnieżania miałam dość. Jak już skończyłam bo inaczej nie było szansy na wyjazd,  pług pojawił się na horyzoncie. Ha! Stanęłam z łopatą na drodze (że niby nie widzę i odśnieżam, w końcu dwa kaptury na głowie powodują, że mam prawo nie widzieć i nie słyszeć). Albo Pan był bardziej uprzejmy, albo tak sugestywnie walczyłam z resztą śniegu, w każdym bądź razie nie zgarnął mi śniegu z drogi pod bramę tylko jeszcze pozbierał to co się nazbierało wokół i zgarnął na pobliskie pole :))
Moje odśnieżanie zaczyna mi przypominać to: http://forum.nissanklub.pl/index.php/topic/73914-ukochany-domek-w-beskidach/  - ale ostrzegam, nie dla wszystkich ;)
A wracając do kolędy ... widziałam na youtube, że to niezwykle popularny temat dla kabareciarzy, np. kabaret Nowaki: http://www.youtube.com/watch?v=oXEwPizkSUc
Przepraszam, że tak trochę ironicznie dziś, ale cóż robić jak nic nie idzie tak jak iść powinno? Pośmiać się jedynie można.
Kartkę zgłaszam na wyzwanie na 123scrapujty (rozkaz to rozkaz). Poniżej zdjęcia z dzisiaj, niestety też nic szczególnego ... aparat miałam oddać do naprawy podczas wizyty w Gdańsku. Już i tak nikt nie zdąży mi naprawić podczas mojego pobytu więc będę czekać aż rodzice mi przywiozą.



Wyzwanie brzmiało:
- przewaga koloru zielonego (jest!)
- użycie wstążki lub koronki (zrobiłam własną)
- przynajmniej trzy kwiatki (są!)
- przynajmniej 3 warstwy (są!)
- przynajmniej 1 element quillingu (jest! - ale miałam problem bo nie wiedziałam co to w ogóle jest. Znalazłam fajny filmik pokazujący jak zrobić podstawowe kształty z papieru, polecam:
http://www.youtube.com/watch?v=F0LL1JbCXn0 )

Uciekam do pracy. Ściskam serdecznie! :)

piątek, 18 stycznia 2013

Spóźniona ...

Chyba we wszystkim jestem spóźniona. Za jednej strony się cieszę, bo ten brak czasu oznacza m.in. że mam sporo pracy, co przy własnej działalności oznacza, że będę mogła spokojnie funkcjonować przez jakiś czas, a z drugiej jest powodem zaniedbania bloga. Staram się za to chociaż odwiedzać Was na Waszych blogach, nie zawsze komentując, za co przepraszam, ale pociesza mnie fakt, że jestem na bieżąco z ulubionym blogami.
Trochę to samolubne z mojej strony, wiem, podziwiałam Wasze piękne bożonarodzeniowe dekoracje sama nie wklejając żadnych fotek. Teraz już choinka rozebrana, część "żywych" dekoracji również ... Trudno mi robić zdjęcia, aparat cały czas zepsuty a komórka nie zawsze sobie poradzi, szczególnie w takie pochmurne dni jak ostatnio. Mam też inny mały aparacik ale ten też nie daje rady wewnątrz :(

W tym całym przedświątecznym bieganiu (całe szczęście spędzaliśmy Boże Narodzenie u moich rodziców, bo inaczej to nie wiem jak te święta by wyglądały u nas) trudno było znaleźć czas na robótki. Koniec roku to zawsze gorący okres w mojej pracy. Styczeń jest podobny, więc tego czasu na małe przyjemności jest niewiele. Nie będę już "odgrzewała" świątecznych klimatów, tym bardziej, że Wielkanoc w tym roku jest bardzo szybko i na niektórych blogach zaczynają już pojawiać się pierwsze zdobione jaja i wiosenne barwy :))

Pochwalę się tylko prezentami od św. Mikołaja, który w tym roku hojnie obdarzył nas książkami. Zawsze dostajemy książki, ale w tym roku Mikołaj przeszedł samego siebie :)))


Dla każdego coś miłego :)) Dla małego, średniego i dużego :) Nawet coś dla podniebienia ;) Brakuje tu jeszcze dziecięcych dwóch książeczek bo aktualnie czytane były i nie dało się im zrobić zdjęcia ;)

Niestety (moim zdaniem "stety") Mikołaj nie przyniósł nam X-boxa czy innego Play Station. No cóż, gdyby przyniósł dla innych dzieci mogłoby zabraknąć prezentów. Tak tłumaczyłam moim rozrabiakom. (Do młodszego trafiło, do starszego nie bardzo bo w Świętego Mikołaja Julka już nie wierzy). Aby jakoś temu zaradzić postanowiliśmy oszczędzać. W tym celu powstała skarbonka, recyklingowa: z pudełka po rumiankowej herbacie, tekturki po czekoladkach. Do tego trochę wstążki, kleju i jest:





Zdjęcia jakie są każdy widzi :(

A tak pudełko wygląda po metamorfozie (bardzo niedoskonałe, ale też robione z dużym udziałem dzieci :) )





W bubisy znalazłam link to filmiku jak zrobić szydełkową różyczkę. Różyczki bardzo mi się spodobały i tak oto powstały te dwie, które będą mi służyły jako broszki :))



Ściskam Was serdecznie życząc udanego, zimowego weekendu.

P.S. U nas już ferie zimowe, więc tym bardziej śnieg cieszy :)))



wtorek, 20 listopada 2012

Mój pierwszy raz ... SCRAP SCRAP SCRAP :)

Ach! Jak ten czas ucieka. Świat oszalał a ja pędzę razem z nim. Na szczęście widzę światełko w tunelu ... pomału poza bieżącą pracą nadrabiam zaległości, tylko ... jak nadrobię w domu to służbowe sprawy leżą, jak nadgonię w pracy to w domu kurz panoszy się na dobre a w suszarni rośnie góra nieuprasownych ubrań. I tak w kółko ...
Pozostaje mi tylko zaśpiewać z AMJ: "Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, Ja wysiadam!"

http://www.youtube.com/watch?v=oa7y-nKGYA4

Czasu na moje ulubione "prace ręczne" mam tyle co nic :( A głowa pełna pomysłów na świąteczne dekoracje. Ale u mnie Boże Narodzenie to również urodziny mojej Mamy i Siostry. W tym roku postanowiłam zrobić własne kartki, bo i okazje są wyjątkowe - Mama kończy 60. lat a siostrzyczka wyjeżdża do pracy za granicę. Pierwsza kartka już jest, dla siostry. Nieśmiało trochę Wam się chwalę, bo to mój pierwszy raz i nawet nie wiem, czy można "to" nawać scrapbookingiem.
Hmmmm, oto ona, kartka z cytatem:


Bądź jak ptak, który,
gdy siada na gałęzi zbyt kruchej,
czu­je, jak spa­da, lecz śpiewa da­lej,
bo wie, że ma skrzydła.
                                   Victor Hugo


Oto "szczegóły" karteczki:





Zdjęcia, są jakie są, robione telefonem komórkowym w pracy. W pospiechu zapomniałam aparatu :/
Myślę, że karteczka pasuje do wyzwania "Ptasie trele" na blogu 123 scrapuj Ty i postanowiłam ją zgłosić do konkursu. Co prawda brakuje jeszcze napisu "W dniu urodzin" ... ale nad tym muszę jeszcze się zastanowić i nie chciałabym "zepsuć" swojej pracy.



Jeśli jeszcze do mnie zaglądacie to będę wdzięczna za komentarze, szczególnie krytyczne(!) bo sama nie wiem, czy jest w ogóle sens, żebym zabierała się za scrap.

Pozdrawiam Was bardzo gorąco!


czwartek, 25 października 2012

Pierwsza odsłona biura i filiżankowe losowanie

Zacznę o końca, czyli od losowania. Chociaż ... wbrew temu co zostało napisane, u mnie pierwsi pozostają na swoim miejscu i ... filiżanki polecą/pojadą do Małgosi, do mojego Gdańska :))
W międzyczasie dopytywałam Was czy pozostawienie komentarza jest równoznaczne z chęcią wzięcia udziału w losowaniu, nie chciałam żadnej z Was pominąć. Tak bardziej z obserwacji wiem, że różnie to bywa z zabawami, a zależało mi, żeby szanse były jednakowe. Najchętniej obdarowałabym każdą z Was, ale komplet filiżanek był tylko jeden. Małgosiu, mam nadzieję, że herbatka i kawa będą smakowały! :))

Bardzo brakuje mi regularnego blogowania. Szczególnie regularnego czytania Waszych blogów, które są dla mnie inspiracją, oderwaniem od rzeczywistości ... Mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy. Biuro zaczyna nabierać kształtów i ... kolorów. Chociaż poza białym, czarnym i zielonym niewiele tych kolorów się znajdzie, ale myślę, że to mi wystarczy. A jak nie to sprawię sobie super-wesołe-kolorowe dekoracje ścienne lub dywanik na podłogę. Sporo pracy kosztowało mnie dopasowanie tego co miałam do nowego wnętrza. Dziś pierwsza odsłona:


Moje wymarzone biurko na koziołkach i krzesłko/fotel wg projektu małżeństwa Eames. Krzesełko wpadło mi w oko na blogu Marty i chociaż w moich domowych wnętrzach nie byłoby dla niego właściwego miejsca w  "pracowni" dyktuje reguły :) Nie jest to niestety oryginał a jedynie inspiracja dostępna na Allegro, ale w zupełności spełnia moje oczekiwania. Stało ponad dwa tygodnie pomiędzy kuchnią i jadalnią i było jednym z ulubionych miejsc do "zasiadywania się". Myślę o takim krzesełku do pokoju Julki, jest leciutkie, nie będzie rysowało podłogi ma jedną, jedyną wadę ... cenę ... Dlatego myślę, może św. Mikołaj mi je przyniesie ;)


Koziołki, zakupione w Ikea, zmontowałam sama :)) No może niecałkiem. Przy bardzo absorbującej pomocy Marcinka. Ale najważniejsze, że nam się udało! :) Wymagają jeszcze polakierowania, narzędzia i środki widać w tle. Niebawem się za nie zabiorę. Blat nie jest moim wymarzonym. Niestety, jak to często bywa, w trakcie okazało się, że nie ma takich gotowych blatów, jaki sobie wymyśliłam. A nawet, jeśli udałoby mi się kupić to okaże się do niczego i powinnam specjalny zamówić. Wykonałam kilka telefonów i nie ma szans na szybkie zrealizowanie zamówienia, które dodatkowo wcale nie będzie tanie. Darowałam sobie, pozostanę przy tym, widoczynym na zdjęciu, lekko wzmocnionym. Może kiedyś doczekam się tego, wymarzonego ... :) 


Niewiele rzeczy zabrałam ze "starego biura". Z mebli to tylką ten "kontener" widoczny tutaj. Był w kolorze calvados, który już mi się bardzo opatrzył przez ostatnie lata i dodatkowo zupełnie nie pasowałby do tego wnętrza. Wałek w dłoń, farba Dulux do drewna i metalu, i mam przemalowaną szafkę. Nie powiem, żeby było to trwałe posunięcię, ale "na jakiś czas" wystarczy. Szafka nie jest zbyt mocno eksploatowana. Jeszcze potraktuję ją lakierem (dlatego brakuje uchwytów) i może przetrwa troszkę dłużej. Po tej "metamorfozie" wiem, że malowanie mebli nie jest moją mocną stroną. Naczytałam się, jakie to proste, że można na różne sposoby: od zwykłej gąbki do naczyń po pędzel (w moim przypadku sprawdził się jedynie wałek), że wystarczą 2 warstwy (po 3 uważam, że i 4 byłaby wskazana) i myślałam, że to taka bułka z masłem. Dziękuję, wolę suchą bułkę. Byle było łatwiej ;)


Goście będą mogli wypić kawę/herbatę przy stoliku, którego podstawą będzie stara maszyna:


Kiedyś, od innego Pana Janka, też ze skupu złomu, dostałam podstawę do maszyny. Była paskudnie zanieczyszczona, tłusta i oklejona kurzem. Trochę pracy kosztowało mnie oczyszczenie jej,  najpierw         "z grubsza" zwykłym zmywakiem do naczyń na sucho, potem w niektórych miejscach papierem ściernym. Na koniec benzyną ekstrakcyjną w celu odtłuszczenia i hammerite'm aby zabezpieczyć przed rdzą i nadać koloru, matowego czarnego :)
  


Krasnala poniżej dostrzegłam dopiero w trakcie odnowy maszyny. Polubiliśmy się, chyba :)


Maszyna przed meatomorfozą ...


A jak już się rozpędziłam to oczyściłam też i wymalowałam stary stojak na parsole. W moim biurze będzie pełnił funkcję "mapnika". Przeróżnych map mam pod dostatkiem i muszę gdzieś je zrolowane trzymać. Będą sobie dostojnie stały w starym parasolniku



wcześniej zżerałago rdza, a który wypatrzyłam w sklepie z używanymi meblami:


A na koniec ...

 podstawa maszyny od Pana Janka z poprzeniego wpisu. Stoi sobie w domku na narzędzia. Potraktowana srebrolem pewnie najpierw trafi do piaskowania, a potem ... zobaczymy. Blat i szufladka są piękne i zostaną odnowione. Mechanizm maszyny jest  zdobiony, pewnie przy niewielkim wkładzie całkiem sprawny, sfotografuję w najbliższym czasie. Nie wiem czy kiedyś będę szyła na niej, może znajdą się nowe dobre ręce? Hmmmm. Sprawa jest do przemyślenia :) Jeśli się znajdą to będę szczęśliwa.

Mam nadzieję, że chociaż odrobinę się Wam wytłumaczyłam. Bo tak naprawdę to moje organizowanie biura odbywa się w wolnych chwilach. Poza tym muszę normalnie pracować (a to wiąże się ostatnio z bardzo dalekimi jak dla mnie wyjazdami), przygotowywać dokumenty, spotykać się klientami i oczywiście pełnić rolę mamy i żony :)
Mam nadzieję, że ta gonitwa już wkrótce się skończy. Przede mną niedługi wypoczynek w Gdańsku, za dwa tygodnie ale już się cieszę :)

Pozdrawiam Was gorąco, życząc aby ten pierwszy dzień zimy, który na jutro zapowiadają okazał się nie taki najgorszy! :))