Nie było mnie długo, wiem. Czuję wielki niedosyt, z wielu powodów. Ale nadganianie zaległości zostawię na później a dziś kilka słów o moim urlopie. Trwał tydzień, podzielony na dwa etapy: pierwsy krótki - dwa noclegi w Czorsztynie (pominę milczeniem, tymczasowo) i drugi, cudowny u Danusi w
Ściborówce. Pewnie wiele z Was zna Danusię z blogowego świata, jeśli nie znacie koniecznie zajrzyjcie. Nie będę wstawiała zdjęć, bo na blogu D. jest ich dużo i wszystkie wiernie pokazują jaka jest Ściborówka. A jest: gościnna, rodzinna, urocza, piękna, zadbana - CUDOWNA! Taka jak nasza Danusia :)) Nie znam drugiej tak pracowitej osoby, która potrafi robić 3 rzeczy na raz: jeździc rowerkiem, haftować/bibułkować i słuchać audiobooka, a Danusia potrafi!!! Już nigdy nie będę narzekała na brak czasu. Przy pożegnaniu czułam ogromny niedosyt (co dawno mi się nie zdarzyło). Myślę, że to pozytywne odczucie, które wróży, że niebawem, może za rok, tam wrócimy. Dzieciaki też pokochały to miejsce, Marcin ledwie przebudzony o 5. rano włożony do fotelika samochodowego tylko zapytał: "Mamo, a wrócimy tu jeszcze?". Danusiu, wrócimy! Dziękujemy Ci za wszystko, było cudownie!
(Fotorelacja z urlopu, w czasie którego zobaczyliśmy wiele cudownych miejsc niebawem się pojawi :) O Danusi i Ściborówce też pewnie będzie nie raz i nie dwa :) )
I ... z prawie ostatniej chwili. Z wakacji wróciliśmy w sobotę a w niedzielę rano, dzielnie przedzierało się przez trawę kocie maleństwo. Julka pobiegła i wróciła zatrwożona. Nasłuchałam się, jakie to biedne, głodne, małe, chude ... Cóż było robić? Przygarnęliśmy. Na chwilę. A na ile to się okaże, bo zdobywa nasze serca i nie wiadomo jak się to zdobywanie skończy :D Przybyło w stanie opłakanym, głównie martwiły mnie oczy, zaklejone, zaropiałe ...

Przemywałam rumiankiem, bo był pod ręką. Dziś kupiłam decortineff (antybiotyk) i chyba zadziałał. Kocina zaczęła widzieć. Na moje nieszczęście to chyba kotka. A wiadomo, każda kotka to wariatka hihihihi :) No cóż, pozostaje mi ją polubić. Myślę, że kocię traktuje mnie jak swoją mamę, przemywającą (nie liżącą) oczy kilka razy dziennie, karmiącą, przytulającą. Niejdną taką "przybłędę" odchowałam i mam nadzieję, że ta też wyliże się i wyrośnie z niej "porządny kot". Im bardziej zabiedzone zwierzę tym większe wyzwanie przede mną i tym bardziej zależy mi, aby się udało. Przecież to nie przypadek, że znalazło się u nas, to przenaczenie. Kotek jest maleńki, na szczęście sam je i chociaż karmienie strzykawką mnie ominęło. A apetyt mu dopisuje i chociaż łapki chudziutkie to brzuszek okrąglutki :)
Zdjęcia z komórki bo aparat tuż przed wakacjami odmówił posłuszeństwa. O tym też napiszę :/ Kiedyś. :))
Buziaki gorące przesyłam i powakacyjnie pozdrawiam serdecznie!