Rok temu 3 grudnia wypadał w sobotę. To był dzień naszej przeprowadzki z blokowego M- zamieszkiwanego z Mamą Tomka do własnego, wymarzonego domku. Nigdy dotąd nie miałam własnego, prywatnego kąta i miałam wiele obaw, w szczególności, czy podołam. Czy będę w stanie wszystko ogarnąć, poranne pobudki, szykownie do szkoły, przedszkola, męża do pracy, siebie do pracy. Udało się :)
O budowaniu kompromisów pisałam tutaj.
Do dziś brakuje nam w domu wielu rzeczy, bo nie możemy się zdecydować, to co podoba się mi, niekoniecznie mojemu mężowi ... ale wypracowywanie wspólnych rozwiązań też ma swój urok.
Moim marzeniem było stworzyć dom ciepły, przytulny taki jak w znanej chyba wszystkim piosence Hanny Banszak:
http://www.youtube.com/watch?v=CNP672a25CU
Mam nadzieję, że mi się udało i "ciepło tu jest i bezpiecznie". Od wczoraj mamy nawet własną mysz :))))
W ubiegłym roku nie udało mi się zrobić adwentowego wieńca. W tym też nie, ale mam stroik adwentowy z czterema świecami, wykonany przy udziale niewielkiego budżetu (jedynie koszt świec - 12 zł i bawełnianej koronki - 3 zł), skrzyneczki z odzysku (która wiosną służyła za zielnik i pewnie takie będzie jej przeznaczenie po Nowym Roku) i gałązek rosnących w starym przyblokowym skrawku zieleni. Wyszedł dokładnie taki, jaki chciałam, w 100% naturalny:
Ostatnio pewna prawidłowość mnie dopadła. Gdy tylko nadrobię trochę zaległości w dokumentach (np. tak jak w ubiegłym tygodniu codziennie wstawałam o 4 aby popracować) to dom i rodzinka zaczynają na tym cierpieć, nie mówiąc już o dekoracjach i innych drobiazgach. Gdy już nadrobię domowe zaległości to te pracowe znowu dają o sobie znać ... I tak właśnie ze świątecznych dekoracji mam tylko stroik i rozpoczęty wianuszek na drzwi. Produkty na pierniki cierpliwie czekają w komplecie. Ach, żeby tylko ten św. Mikołaj przyniósł mi czasowstrzymywacz ... :)
Dziękuję Wam Kochane za wszystkie odwiedziny i każde ciepłe słowo :) Ściskam i pozdrawiam w ten pierwszy śnieżny w Wielkopolsce dzień! :))
Obserwatorzy
wtorek, 4 grudnia 2012
czwartek, 29 listopada 2012
Z cyklu ... Piosenka na dziś :)
Już nie chcę się skarżyć, że czasu na pisanie wciąż mało ... ale, żyję i daję znać o sobie od czasu do czasu na Waszych blogach.
Właściwie od początku istnienia bloga chciałam stworzyć taki cykl muzyczny, bo chociaż słoń na ucho mi nadepnął i talentu muzycznego nie mam nawet ociupinę to uwielbiam słuchać ... i chciałabym od czasu do czasu podzielić się z Wami moimi ulubionymi piosenkami, albo po prostu takimi, które odpowiadają mojemu nastrojowi, przywołują miłe wspomnienia.
Dziś bardzo smutno za oknem. Od rana nie mieliśmy w domu prądu, chociaż śniadanie (kanapki i zimny sok - gazu nie mamy) przy świecach miało swój urok :)
(Super, teraz w Gnieźnie też wyłączyli prąd, komputer pewnie za chwilę padnie).
Ale wracając do tematu piosenki. Pogoda za oknem byle jaka. Więc ... "Otulmy się miłością ..."
Podoba Wam się? Mi bardzo :)))
Dziękuję za komentarze pod poprzednim postem. Takie wspomnienia dzieciństwa są bezcenna, prawda?
Ściskam gorąco!
sobota, 24 listopada 2012
Przedstawiam Wam
... Stefana.
Myślę, że okazja jest ku temu bardzo na miejscu. W niedzielę jest Dzień Pluszowego Misia, a Stefan to mój ulubieniec z lat dzieciństwa. Moje pierwsze wspomnienie to Stefan na półce w kiosku Ruchu, siedzący samotnie, wyczekujący. Zauroczyły mnie jego długie nogi, w sam raz do tańca ... To drugie wspomnienie. Ja i Stefan, w tańcu :)) Nie mamy wspólnych zdjęć z tamtych czasów, więc musicie wierzyć mi na słowo ;)
W mojej rodzinie była tradycja obdarowywania dzieci maskotkami w dniu urodzin. Stefanek nie jest tym od urodzenia. Wtedy dostałam "piszczącego" lewka. Jak nacisnęło się go na guziczek pod brzuchem piszczał. Przepadł gdzieś w czasie jakiegoś remontu, pamiętam go doskonale, mam jedno zdjęcie, ale w negliżu podczas zmiany pieluchy, więc nie nadaje się do opublikowania. ;) Zadbałam o to aby i moje dzieciaczki takich ulubieńców miały. Julka ma ukochanego zajączka - zdjęcia tymczasowo brak. Nie mam starych zdjęć na komputerze, muszę je odszukać ;)
Marcina ma Gepardzika. Udało mi się znaleźć dwa zdjęcia, na których Marcin nie płacze i nie pije maminego mleka:
(na krzesełku obok widać brązowe nóżki Julki królika ;) )
Dzieci zostały obdarowane również innymi maskotkami, ale Te jakoś darzą specjalną sympatią. Może Julka, jako dziewczynka większą. Bez Królika nie rusza się nigdzie (wyjątkiem był obóz koszykarski, stwierdziła, że chyba nie wypada, ale wiem, że tęskniła).
Pluszaki są dobre na wszystko, przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia:
- są do tańca i do różańca (szczególnie do tańca!!!)
- pochłaniają wszystkie łzy, te dziecięce i te nastoletnie
- towarzyszą we wszystkich niebezpiecznych wyprawach
- pocieszą gdy jest smutno
- utulą i dodadzą odwagi w chwilach grozy
a najważniejsze jest to, że SĄ! :))
Oto mój Stefanek:
Jego wiek oceniam na ok. 32 lata, musiałam mieć około 3 kiedy go wypatrzyłam na sklepowej półce. Nie wiem dlaczego wybrałam mu takie imię. Jego kolegą był Karolek którego dostała moja córka chrzestna. Stefan - tak na imię miał mój wujek, którego w ogóle nie pamiętam i ukochana babcia Stefania. Pamiętam, że było to bardzo "egzotyczne" imię. A Karol ... byłam praktycznie pewna, że tak będzie miał na imię mój synek. Lolek ... aż pewien Karol skutecznie mi to imię zapaskudził. Różnie to w życiu bywa.
A Wy? Macie ukochane maskotki? Pamiętacie te szczególne?
I ... wiadomość z ostatniej chwili. Moja karteczka z ptaszkiem, zgłoszona do konkursu na blogu 123scrapujTy została wyróżniona!
Ale się cieszę :)) Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, a przede wszystkim za to, że nie zapomniałyście o mnie :))) Nie wiem jeszcze czy scrap to coś dla mnie. Jestem wielką fanką Aka, której prace to nie zwykły scrap ale małe, dopracowane w najmniejszym szczególe dzieła sztuki. Z Aka zrobiłam wymiankę, zrobiła też dla mnie kartkę na zakończenie roku szkolnego. Patrząc na te prace jeszcze tak niewiele wiem i umiem ...
eech.
Ściskam Was i biegnę do kuchni. Bo beza na Torcik Pavlowa wg. przepisu Ady domaga się uwagi :))
Myślę, że okazja jest ku temu bardzo na miejscu. W niedzielę jest Dzień Pluszowego Misia, a Stefan to mój ulubieniec z lat dzieciństwa. Moje pierwsze wspomnienie to Stefan na półce w kiosku Ruchu, siedzący samotnie, wyczekujący. Zauroczyły mnie jego długie nogi, w sam raz do tańca ... To drugie wspomnienie. Ja i Stefan, w tańcu :)) Nie mamy wspólnych zdjęć z tamtych czasów, więc musicie wierzyć mi na słowo ;)
W mojej rodzinie była tradycja obdarowywania dzieci maskotkami w dniu urodzin. Stefanek nie jest tym od urodzenia. Wtedy dostałam "piszczącego" lewka. Jak nacisnęło się go na guziczek pod brzuchem piszczał. Przepadł gdzieś w czasie jakiegoś remontu, pamiętam go doskonale, mam jedno zdjęcie, ale w negliżu podczas zmiany pieluchy, więc nie nadaje się do opublikowania. ;) Zadbałam o to aby i moje dzieciaczki takich ulubieńców miały. Julka ma ukochanego zajączka - zdjęcia tymczasowo brak. Nie mam starych zdjęć na komputerze, muszę je odszukać ;)
Marcina ma Gepardzika. Udało mi się znaleźć dwa zdjęcia, na których Marcin nie płacze i nie pije maminego mleka:
(na krzesełku obok widać brązowe nóżki Julki królika ;) )
Dzieci zostały obdarowane również innymi maskotkami, ale Te jakoś darzą specjalną sympatią. Może Julka, jako dziewczynka większą. Bez Królika nie rusza się nigdzie (wyjątkiem był obóz koszykarski, stwierdziła, że chyba nie wypada, ale wiem, że tęskniła).
Pluszaki są dobre na wszystko, przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia:
- są do tańca i do różańca (szczególnie do tańca!!!)
- pochłaniają wszystkie łzy, te dziecięce i te nastoletnie
- towarzyszą we wszystkich niebezpiecznych wyprawach
- pocieszą gdy jest smutno
- utulą i dodadzą odwagi w chwilach grozy
a najważniejsze jest to, że SĄ! :))
Oto mój Stefanek:
Jego wiek oceniam na ok. 32 lata, musiałam mieć około 3 kiedy go wypatrzyłam na sklepowej półce. Nie wiem dlaczego wybrałam mu takie imię. Jego kolegą był Karolek którego dostała moja córka chrzestna. Stefan - tak na imię miał mój wujek, którego w ogóle nie pamiętam i ukochana babcia Stefania. Pamiętam, że było to bardzo "egzotyczne" imię. A Karol ... byłam praktycznie pewna, że tak będzie miał na imię mój synek. Lolek ... aż pewien Karol skutecznie mi to imię zapaskudził. Różnie to w życiu bywa.
A Wy? Macie ukochane maskotki? Pamiętacie te szczególne?
I ... wiadomość z ostatniej chwili. Moja karteczka z ptaszkiem, zgłoszona do konkursu na blogu 123scrapujTy została wyróżniona!
Ale się cieszę :)) Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, a przede wszystkim za to, że nie zapomniałyście o mnie :))) Nie wiem jeszcze czy scrap to coś dla mnie. Jestem wielką fanką Aka, której prace to nie zwykły scrap ale małe, dopracowane w najmniejszym szczególe dzieła sztuki. Z Aka zrobiłam wymiankę, zrobiła też dla mnie kartkę na zakończenie roku szkolnego. Patrząc na te prace jeszcze tak niewiele wiem i umiem ...
eech.
Ściskam Was i biegnę do kuchni. Bo beza na Torcik Pavlowa wg. przepisu Ady domaga się uwagi :))
wtorek, 20 listopada 2012
Mój pierwszy raz ... SCRAP SCRAP SCRAP :)
Ach! Jak ten czas ucieka. Świat oszalał a ja pędzę razem z nim. Na szczęście widzę światełko w tunelu ... pomału poza bieżącą pracą nadrabiam zaległości, tylko ... jak nadrobię w domu to służbowe sprawy leżą, jak nadgonię w pracy to w domu kurz panoszy się na dobre a w suszarni rośnie góra nieuprasownych ubrań. I tak w kółko ...
Pozostaje mi tylko zaśpiewać z AMJ: "Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, Ja wysiadam!"
http://www.youtube.com/watch?v=oa7y-nKGYA4
Czasu na moje ulubione "prace ręczne" mam tyle co nic :( A głowa pełna pomysłów na świąteczne dekoracje. Ale u mnie Boże Narodzenie to również urodziny mojej Mamy i Siostry. W tym roku postanowiłam zrobić własne kartki, bo i okazje są wyjątkowe - Mama kończy 60. lat a siostrzyczka wyjeżdża do pracy za granicę. Pierwsza kartka już jest, dla siostry. Nieśmiało trochę Wam się chwalę, bo to mój pierwszy raz i nawet nie wiem, czy można "to" nawać scrapbookingiem.
Hmmmm, oto ona, kartka z cytatem:
Pozostaje mi tylko zaśpiewać z AMJ: "Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, Ja wysiadam!"
http://www.youtube.com/watch?v=oa7y-nKGYA4
Czasu na moje ulubione "prace ręczne" mam tyle co nic :( A głowa pełna pomysłów na świąteczne dekoracje. Ale u mnie Boże Narodzenie to również urodziny mojej Mamy i Siostry. W tym roku postanowiłam zrobić własne kartki, bo i okazje są wyjątkowe - Mama kończy 60. lat a siostrzyczka wyjeżdża do pracy za granicę. Pierwsza kartka już jest, dla siostry. Nieśmiało trochę Wam się chwalę, bo to mój pierwszy raz i nawet nie wiem, czy można "to" nawać scrapbookingiem.
Hmmmm, oto ona, kartka z cytatem:
Bądź jak ptak, który,
gdy siada na gałęzi zbyt kruchej,
czuje, jak spada, lecz śpiewa dalej,
bo wie, że ma skrzydła.
Victor Hugo
Oto "szczegóły" karteczki:
Zdjęcia, są jakie są, robione telefonem komórkowym w pracy. W pospiechu zapomniałam aparatu :/
Myślę, że karteczka pasuje do wyzwania "Ptasie trele" na blogu 123 scrapuj Ty i postanowiłam ją zgłosić do konkursu. Co prawda brakuje jeszcze napisu "W dniu urodzin" ... ale nad tym muszę jeszcze się zastanowić i nie chciałabym "zepsuć" swojej pracy.
Jeśli jeszcze do mnie zaglądacie to będę wdzięczna za komentarze, szczególnie krytyczne(!) bo sama nie wiem, czy jest w ogóle sens, żebym zabierała się za scrap.
Pozdrawiam Was bardzo gorąco!
czwartek, 25 października 2012
Pierwsza odsłona biura i filiżankowe losowanie
Zacznę o końca, czyli od losowania. Chociaż ... wbrew temu co zostało napisane, u mnie pierwsi pozostają na swoim miejscu i ... filiżanki polecą/pojadą do Małgosi, do mojego Gdańska :))
W międzyczasie dopytywałam Was czy pozostawienie komentarza jest równoznaczne z chęcią wzięcia udziału w losowaniu, nie chciałam żadnej z Was pominąć. Tak bardziej z obserwacji wiem, że różnie to bywa z zabawami, a zależało mi, żeby szanse były jednakowe. Najchętniej obdarowałabym każdą z Was, ale komplet filiżanek był tylko jeden. Małgosiu, mam nadzieję, że herbatka i kawa będą smakowały! :))
Bardzo brakuje mi regularnego blogowania. Szczególnie regularnego czytania Waszych blogów, które są dla mnie inspiracją, oderwaniem od rzeczywistości ... Mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy. Biuro zaczyna nabierać kształtów i ... kolorów. Chociaż poza białym, czarnym i zielonym niewiele tych kolorów się znajdzie, ale myślę, że to mi wystarczy. A jak nie to sprawię sobie super-wesołe-kolorowe dekoracje ścienne lub dywanik na podłogę. Sporo pracy kosztowało mnie dopasowanie tego co miałam do nowego wnętrza. Dziś pierwsza odsłona:
Goście będą mogli wypić kawę/herbatę przy stoliku, którego podstawą będzie stara maszyna:
podstawa maszyny od Pana Janka z poprzeniego wpisu. Stoi sobie w domku na narzędzia. Potraktowana srebrolem pewnie najpierw trafi do piaskowania, a potem ... zobaczymy. Blat i szufladka są piękne i zostaną odnowione. Mechanizm maszyny jest zdobiony, pewnie przy niewielkim wkładzie całkiem sprawny, sfotografuję w najbliższym czasie. Nie wiem czy kiedyś będę szyła na niej, może znajdą się nowe dobre ręce? Hmmmm. Sprawa jest do przemyślenia :) Jeśli się znajdą to będę szczęśliwa.
Mam nadzieję, że chociaż odrobinę się Wam wytłumaczyłam. Bo tak naprawdę to moje organizowanie biura odbywa się w wolnych chwilach. Poza tym muszę normalnie pracować (a to wiąże się ostatnio z bardzo dalekimi jak dla mnie wyjazdami), przygotowywać dokumenty, spotykać się klientami i oczywiście pełnić rolę mamy i żony :)
Mam nadzieję, że ta gonitwa już wkrótce się skończy. Przede mną niedługi wypoczynek w Gdańsku, za dwa tygodnie ale już się cieszę :)
Pozdrawiam Was gorąco, życząc aby ten pierwszy dzień zimy, który na jutro zapowiadają okazał się nie taki najgorszy! :))
W międzyczasie dopytywałam Was czy pozostawienie komentarza jest równoznaczne z chęcią wzięcia udziału w losowaniu, nie chciałam żadnej z Was pominąć. Tak bardziej z obserwacji wiem, że różnie to bywa z zabawami, a zależało mi, żeby szanse były jednakowe. Najchętniej obdarowałabym każdą z Was, ale komplet filiżanek był tylko jeden. Małgosiu, mam nadzieję, że herbatka i kawa będą smakowały! :))
Bardzo brakuje mi regularnego blogowania. Szczególnie regularnego czytania Waszych blogów, które są dla mnie inspiracją, oderwaniem od rzeczywistości ... Mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy. Biuro zaczyna nabierać kształtów i ... kolorów. Chociaż poza białym, czarnym i zielonym niewiele tych kolorów się znajdzie, ale myślę, że to mi wystarczy. A jak nie to sprawię sobie super-wesołe-kolorowe dekoracje ścienne lub dywanik na podłogę. Sporo pracy kosztowało mnie dopasowanie tego co miałam do nowego wnętrza. Dziś pierwsza odsłona:
Moje wymarzone biurko na koziołkach i krzesłko/fotel wg projektu małżeństwa Eames. Krzesełko wpadło mi w oko na blogu Marty i chociaż w moich domowych wnętrzach nie byłoby dla niego właściwego miejsca w "pracowni" dyktuje reguły :) Nie jest to niestety oryginał a jedynie inspiracja dostępna na Allegro, ale w zupełności spełnia moje oczekiwania. Stało ponad dwa tygodnie pomiędzy kuchnią i jadalnią i było jednym z ulubionych miejsc do "zasiadywania się". Myślę o takim krzesełku do pokoju Julki, jest leciutkie, nie będzie rysowało podłogi ma jedną, jedyną wadę ... cenę ... Dlatego myślę, może św. Mikołaj mi je przyniesie ;)
Koziołki, zakupione w Ikea, zmontowałam sama :)) No może niecałkiem. Przy bardzo absorbującej pomocy Marcinka. Ale najważniejsze, że nam się udało! :) Wymagają jeszcze polakierowania, narzędzia i środki widać w tle. Niebawem się za nie zabiorę. Blat nie jest moim wymarzonym. Niestety, jak to często bywa, w trakcie okazało się, że nie ma takich gotowych blatów, jaki sobie wymyśliłam. A nawet, jeśli udałoby mi się kupić to okaże się do niczego i powinnam specjalny zamówić. Wykonałam kilka telefonów i nie ma szans na szybkie zrealizowanie zamówienia, które dodatkowo wcale nie będzie tanie. Darowałam sobie, pozostanę przy tym, widoczynym na zdjęciu, lekko wzmocnionym. Może kiedyś doczekam się tego, wymarzonego ... :)
Niewiele rzeczy zabrałam ze "starego biura". Z mebli to tylką ten "kontener" widoczny tutaj. Był w kolorze calvados, który już mi się bardzo opatrzył przez ostatnie lata i dodatkowo zupełnie nie pasowałby do tego wnętrza. Wałek w dłoń, farba Dulux do drewna i metalu, i mam przemalowaną szafkę. Nie powiem, żeby było to trwałe posunięcię, ale "na jakiś czas" wystarczy. Szafka nie jest zbyt mocno eksploatowana. Jeszcze potraktuję ją lakierem (dlatego brakuje uchwytów) i może przetrwa troszkę dłużej. Po tej "metamorfozie" wiem, że malowanie mebli nie jest moją mocną stroną. Naczytałam się, jakie to proste, że można na różne sposoby: od zwykłej gąbki do naczyń po pędzel (w moim przypadku sprawdził się jedynie wałek), że wystarczą 2 warstwy (po 3 uważam, że i 4 byłaby wskazana) i myślałam, że to taka bułka z masłem. Dziękuję, wolę suchą bułkę. Byle było łatwiej ;)
Goście będą mogli wypić kawę/herbatę przy stoliku, którego podstawą będzie stara maszyna:
Kiedyś, od innego Pana Janka, też ze skupu złomu, dostałam podstawę do maszyny. Była paskudnie zanieczyszczona, tłusta i oklejona kurzem. Trochę pracy kosztowało mnie oczyszczenie jej, najpierw "z grubsza" zwykłym zmywakiem do naczyń na sucho, potem w niektórych miejscach papierem ściernym. Na koniec benzyną ekstrakcyjną w celu odtłuszczenia i hammerite'm aby zabezpieczyć przed rdzą i nadać koloru, matowego czarnego :)
Krasnala poniżej dostrzegłam dopiero w trakcie odnowy maszyny. Polubiliśmy się, chyba :)
Maszyna przed meatomorfozą ...
A jak już się rozpędziłam to oczyściłam też i wymalowałam stary stojak na parsole. W moim biurze będzie pełnił funkcję "mapnika". Przeróżnych map mam pod dostatkiem i muszę gdzieś je zrolowane trzymać. Będą sobie dostojnie stały w starym parasolniku
wcześniej zżerałago rdza, a który wypatrzyłam w sklepie z używanymi meblami:
A na koniec ...
podstawa maszyny od Pana Janka z poprzeniego wpisu. Stoi sobie w domku na narzędzia. Potraktowana srebrolem pewnie najpierw trafi do piaskowania, a potem ... zobaczymy. Blat i szufladka są piękne i zostaną odnowione. Mechanizm maszyny jest zdobiony, pewnie przy niewielkim wkładzie całkiem sprawny, sfotografuję w najbliższym czasie. Nie wiem czy kiedyś będę szyła na niej, może znajdą się nowe dobre ręce? Hmmmm. Sprawa jest do przemyślenia :) Jeśli się znajdą to będę szczęśliwa.
Mam nadzieję, że chociaż odrobinę się Wam wytłumaczyłam. Bo tak naprawdę to moje organizowanie biura odbywa się w wolnych chwilach. Poza tym muszę normalnie pracować (a to wiąże się ostatnio z bardzo dalekimi jak dla mnie wyjazdami), przygotowywać dokumenty, spotykać się klientami i oczywiście pełnić rolę mamy i żony :)
Mam nadzieję, że ta gonitwa już wkrótce się skończy. Przede mną niedługi wypoczynek w Gdańsku, za dwa tygodnie ale już się cieszę :)
Pozdrawiam Was gorąco, życząc aby ten pierwszy dzień zimy, który na jutro zapowiadają okazał się nie taki najgorszy! :))
poniedziałek, 15 października 2012
O "nowych" starych klamocikach i wizycie u p. Janka :)
Kochane,
ten post noszę w sobie od dawien dawna, a właściwie od wizyty u tytułowego p. Janka (którego imię zostało wymyślone, na potrzebę tego wpisu).
Kocham stare graty, kocham miłością bezwarunkową i zdarza się, że nawet coś zupełnie zwykłego mnie urzeknie i nie potrafię przejść obok bez jednego zerknięcia, czasem dwóch, czasem ... to coś zostaje ze mną na zawsze. Może to jakaś magia łącząca mnie i to konkretne Coś :)
Wracając do p. Janka ... to jest to jeden z moich ulubionych klientów. Prosty, a zarazem niesłychanie sympatyczny "gość". Lubię z nim wypić kawę i pogadać o życiu, o ludziach. Zazwyczaj to p. Janek mnie odwiedza, ale ostatnio z powodu chwilowego braku biura to ja odwiedzam go częściej. P. Janek prowadzi skup złomu. Kiedyś powiedziałam mu, że marzy mi się stara maszyna do szycia ... i za dwa tygodnie maszyna czekała na moją aprobatę, po kolejnym tygodniu była już w moim domu! :)) Maszyną na pewno się pochwalę, jak zrobię jej zdjęcia, bo do tej pory jakoś się nie złożyło.
Pewnego dnia p. Janek zaprosił mnie do miejsca, które kupił dobrych kilka lat temu, za niezbyt wygórowaną cenę, do miejsca przeznaczonego na docelowy skup złomu.
I co ja miałam powiedzieć gdy zobaczyłam to:
Takie stare budynki mnie zachwycają ale co z tego jak i tak nigdy nie byłoby mnie stać na ich utrzymanie, że o kupnie nie wspomnę :( I tylko mnie boli, że w tej starej mleczarni powstanie coś co zupełnie do niej nie pasuje. P. Janek zrobi co w jego mocy i nalepiej jak umie ... hmmmm.
Nie odmówiłam sobie przyjemności "zwiedzenia" owego budynku. Wspięłam się nawet na stryszek zamieszkiwany przez tchórze bądź inne łasice. Ach, czego tam nie było ... kiedyś. Niestety, od paru miesięcy trwał "remont" i niewiele do podziwiania zostało, kilka rzeczy, przygotowanych na śmietnik powędrowało do mojego auta:
przede wszystkim karton glinianych i ceramicznych donic, czasami lekko uszczerbionych, ale wiosną na pewno w każdej posadzę jakiegoś kwiatka :))
i obrazek, dziś już wyczyszczony czeka na swoje miejsce. Może w nowym biurze?
Przywiozłam również gliniany garnek, taki do kiszenia ogórków, oczywiście zdjęć brak ... posadziłam w nim wrzosy, ale garnek jak to garnek jest bez dziurki i chyba wrzosy zgniły. Podobno wrzosy nie przynoszą szczęścia domownikom jeśli rosną koło domu, więc nie jest ich mi żal.
Mleczarnia była wyposażona w ogromny "piec". I na szczęście pozostał do dziś. P. Janek kocha wynalazki techniki. Zbiera stare traktory, maszyny rolnicze, armaty ... Dzięki tej jego miłości stary napęd lokomotyw nie trafił na złom. Tak, do wytwarzania ciepła oraz na potrzeby technologiczne w mleczarni zainstalowano "kocioł" stosowany w lokomotywach. Obudowano go cegłą szamotową i tak sobie istnieje, do dziś:
ten post noszę w sobie od dawien dawna, a właściwie od wizyty u tytułowego p. Janka (którego imię zostało wymyślone, na potrzebę tego wpisu).
Kocham stare graty, kocham miłością bezwarunkową i zdarza się, że nawet coś zupełnie zwykłego mnie urzeknie i nie potrafię przejść obok bez jednego zerknięcia, czasem dwóch, czasem ... to coś zostaje ze mną na zawsze. Może to jakaś magia łącząca mnie i to konkretne Coś :)
Wracając do p. Janka ... to jest to jeden z moich ulubionych klientów. Prosty, a zarazem niesłychanie sympatyczny "gość". Lubię z nim wypić kawę i pogadać o życiu, o ludziach. Zazwyczaj to p. Janek mnie odwiedza, ale ostatnio z powodu chwilowego braku biura to ja odwiedzam go częściej. P. Janek prowadzi skup złomu. Kiedyś powiedziałam mu, że marzy mi się stara maszyna do szycia ... i za dwa tygodnie maszyna czekała na moją aprobatę, po kolejnym tygodniu była już w moim domu! :)) Maszyną na pewno się pochwalę, jak zrobię jej zdjęcia, bo do tej pory jakoś się nie złożyło.
Pewnego dnia p. Janek zaprosił mnie do miejsca, które kupił dobrych kilka lat temu, za niezbyt wygórowaną cenę, do miejsca przeznaczonego na docelowy skup złomu.
I co ja miałam powiedzieć gdy zobaczyłam to:
Takie stare budynki mnie zachwycają ale co z tego jak i tak nigdy nie byłoby mnie stać na ich utrzymanie, że o kupnie nie wspomnę :( I tylko mnie boli, że w tej starej mleczarni powstanie coś co zupełnie do niej nie pasuje. P. Janek zrobi co w jego mocy i nalepiej jak umie ... hmmmm.
Nie odmówiłam sobie przyjemności "zwiedzenia" owego budynku. Wspięłam się nawet na stryszek zamieszkiwany przez tchórze bądź inne łasice. Ach, czego tam nie było ... kiedyś. Niestety, od paru miesięcy trwał "remont" i niewiele do podziwiania zostało, kilka rzeczy, przygotowanych na śmietnik powędrowało do mojego auta:
przede wszystkim karton glinianych i ceramicznych donic, czasami lekko uszczerbionych, ale wiosną na pewno w każdej posadzę jakiegoś kwiatka :))
i obrazek, dziś już wyczyszczony czeka na swoje miejsce. Może w nowym biurze?
Przywiozłam również gliniany garnek, taki do kiszenia ogórków, oczywiście zdjęć brak ... posadziłam w nim wrzosy, ale garnek jak to garnek jest bez dziurki i chyba wrzosy zgniły. Podobno wrzosy nie przynoszą szczęścia domownikom jeśli rosną koło domu, więc nie jest ich mi żal.
Mleczarnia była wyposażona w ogromny "piec". I na szczęście pozostał do dziś. P. Janek kocha wynalazki techniki. Zbiera stare traktory, maszyny rolnicze, armaty ... Dzięki tej jego miłości stary napęd lokomotyw nie trafił na złom. Tak, do wytwarzania ciepła oraz na potrzeby technologiczne w mleczarni zainstalowano "kocioł" stosowany w lokomotywach. Obudowano go cegłą szamotową i tak sobie istnieje, do dziś:
Prosiłam p. Janka aby zatrzymał dla mnie starą drewnianą szafę (jedyną która ocalała po poprzedniej zimie) i emaliowaną wannę. Czy zatrzyma, to się okaże, bo niebawem pewnie tam zawitam. Wciąż mam nadzieję, że będą na mnie czekały.
Pozostając w temacie "staroci" chciałam się Wam pochwalić kilkoma drobiazgami, które udało mi się kupić za niewielkie pieniądze w sklepach z używanymi meblami i nie tylko meblami:
talerz za 4 zł
Pucharek, który służy mi za świecznik na duży tea-light - 1zł
Pojemniki na cukier, kawę, herbatę - które już kiedyś pokazywałam w poście o moim domku (klik):
I jeden z ostatnich zakupów:
6 niewielkich filiżanek i 5 względnie pasujących spodków. Tyle było w sklepie :) Znaczy się filiżanek było więcej ale pasujących spodków już nie. Kupując to myślałam o moich klientach i "małej czarnej" którą będą u mnie mogli wypić. Ale sobie pomyślałam, że odwiedzający mnie klienci z reguły przyjeżdżają na dłużej i raczej taka "mała" kawa ich nie usatysfakcjonuje. W domu pijemy kawę w kubkach więc chętnie oddam te "cudeńka" w dobre ręce. Zapisy przyjmuję przez tydzień, potem odbędzie się losowanie. To jest losowanie tylko dla tych z Was, które choć raz zostawiły ślad swojej bytności na moim blogu (wyłączając zapisy pod candy). Innych warunków udziału w losowaniu nie ma - tylko wyraźcie w komentarzu chęć wzięcia udziału w losowaniu. Aha, filiżanki są "made in china" a spodeczki Eschenbach Bavaria.
Pozdrawiam Was ciepło, jesiennie. Przede mną meblowanie biura, dziś odbieram klucze, więc pewnie znowu nie będzie mnie jakiś czas, ale staram się Was odwiedzać i choć od czasu do czasu skrobnąć słówko, albo dwa.
wtorek, 25 września 2012
Dzięki Babie ...
W tym poście chciałabym przede wszystkim podziękować pewnej Babie, która w dodatku z wsią ma wiele wpólnego :)) Porusza na swoim blogu wiele spraw, bliskich memu sercu i zapotrzebowaniu na powrót do czasów dzieciństwa. Co prawda mieszczuch ze mnie, ale taki trochę pokrętny, bo mieszkałam nad kanałem, po którego drugiej stronie zaczynał się inny świat, wieś w wielkim mieście. Tęsknię za działką mojej babci, za wspomnieniami szczenięcych lat ... Baba pokazuje wieś, taką jaką pamięta z czasów swojego dzieciństwa i tą dzisiejszą zmagającą się z wieloma problemami.
Gdy napisałam o swoich problemach i rozstaniu w pracy Baba przysłała mi zestaw pierwszej pomocy (przepraszam za jakość zdjęć, ale aparat cały czas zepsuty, te robione "komórką", brrrr):
Napisałam w poście, że jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twardy tyłek. W związku z tym, chwilkę po tym, Baba uszyła specjalnie dla mnie, podusię. Sygnowaną! :)) Co by mi tak twardo nie było ;)
I jeszcze etui na chusteczki! :)) Na szczęście obyło się bez łez, ale od tej pory zawsze mam chusteczki w torebce, wcześniej zazwyczaj paczki chusteczek mi gdzieś się rozchodziły, a teraz zawsze są :))
Tak dawno dostałam te prezenty, a dopiero teraz oficjalnie na blogu dziękuję. Wybacz mi Babo Kochana. Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję. Dzieciaki już niejedną bitwę o podusię stoczyły i mi wiele razy humor poprawiła w ostatnich tygodniach.
Jakiś czas temu dostałam od Baby wyróżnienie. Chociaż wyróżnienia są różnie przyjmownae to jednak to cieszy mnie ogromnie.

Skoro je przyjęłam to w dalszej kolejności muszę podzielić się z Wami siedmioma faktami o sobie. Ufff, przyznam się, że łatwo nie było. Czasem warto tak zajrzeć "w siebie" ;)
1. Odkąd pamiętam nieustannie się odchudzam. Mimo to wciąż mam parę kilo ponad to, co powinnam. Po ostatniej diecie, którą zafundowałam sobie wiosną zdecydowanie mniej, ale jednak do ideału jeszcze trochę mnie za dużo ;)
2. Boję się dentysty. Panicznie.
3. Prawie zostałam nauczycielką. Ale spotkałam wtedy mojego przyszłego meża, który stwierdził, że dwóch nauczycieli w rodzinie to za dużo. Tylko on uczy.
4. Uwielbiam czytać swoim dzieciom książki, szczególnie te, które sama pamiętam z dzieciństwa. Przeżywam je tak jak wtedy. Najchętniej spakowałabym plecak i pojechała z Panem Samochodzikiem tropić Przygodę ...
5. Studiowałam fizykę na politechnice, skończyłam politologię na uniwersytecie a zajmuję się ochroną środowiska :)))
6. Lubię gry komputerowe: Settlersów i Tomb Ridera :)
7. Jutro kończę 35 lat.
A teraz rzecz najtrudniejsza - wybór kolejnych 15 nominowanych. Wiem, że nie wszystkie przyjmujecie wyróżnienia, że niektóre z Was zostały już wcześniej wyróżnione ale mimo wszystko chciałabymm abyście wiedziały, że Wasze blogi są mi szczególnie drogie i lubię je odwiedzać z różnych powodów. Jeśli przyjmiecie zaproszenie będzie mi niezmiernie miło. Pominę tylko te, które właśnie z nominacji Baby już wzięły udział i odpowiedziały na pytania :)) Zapraszam do zabawy:
Graszkę
Adę
MartęM
Miszkę
Aka
Qrę Domową
Małgosię
Magdalnię
Danusię
Agę
Justynę
Shiraję
Klarkę
Doris
Bubisę
Jest też kilka blogów, które regularnie poczytuję, komentuję lecz pewnie ginę w ilości obserwatorów takich jak ja, więc ich autorzy niekoniecznie muszą zdawać sobie sprawę z mojego istnienia :)) A tak naprawdę, to ważne są wszystkie blogi, które obserwuję i wszystkim Wam dziękuję za to, że jesteście :))
Gdy napisałam o swoich problemach i rozstaniu w pracy Baba przysłała mi zestaw pierwszej pomocy (przepraszam za jakość zdjęć, ale aparat cały czas zepsuty, te robione "komórką", brrrr):
Napisałam w poście, że jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twardy tyłek. W związku z tym, chwilkę po tym, Baba uszyła specjalnie dla mnie, podusię. Sygnowaną! :)) Co by mi tak twardo nie było ;)
I jeszcze etui na chusteczki! :)) Na szczęście obyło się bez łez, ale od tej pory zawsze mam chusteczki w torebce, wcześniej zazwyczaj paczki chusteczek mi gdzieś się rozchodziły, a teraz zawsze są :))
Tak dawno dostałam te prezenty, a dopiero teraz oficjalnie na blogu dziękuję. Wybacz mi Babo Kochana. Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję. Dzieciaki już niejedną bitwę o podusię stoczyły i mi wiele razy humor poprawiła w ostatnich tygodniach.
Jakiś czas temu dostałam od Baby wyróżnienie. Chociaż wyróżnienia są różnie przyjmownae to jednak to cieszy mnie ogromnie.

Skoro je przyjęłam to w dalszej kolejności muszę podzielić się z Wami siedmioma faktami o sobie. Ufff, przyznam się, że łatwo nie było. Czasem warto tak zajrzeć "w siebie" ;)
1. Odkąd pamiętam nieustannie się odchudzam. Mimo to wciąż mam parę kilo ponad to, co powinnam. Po ostatniej diecie, którą zafundowałam sobie wiosną zdecydowanie mniej, ale jednak do ideału jeszcze trochę mnie za dużo ;)
2. Boję się dentysty. Panicznie.
3. Prawie zostałam nauczycielką. Ale spotkałam wtedy mojego przyszłego meża, który stwierdził, że dwóch nauczycieli w rodzinie to za dużo. Tylko on uczy.
4. Uwielbiam czytać swoim dzieciom książki, szczególnie te, które sama pamiętam z dzieciństwa. Przeżywam je tak jak wtedy. Najchętniej spakowałabym plecak i pojechała z Panem Samochodzikiem tropić Przygodę ...
5. Studiowałam fizykę na politechnice, skończyłam politologię na uniwersytecie a zajmuję się ochroną środowiska :)))
6. Lubię gry komputerowe: Settlersów i Tomb Ridera :)
7. Jutro kończę 35 lat.
A teraz rzecz najtrudniejsza - wybór kolejnych 15 nominowanych. Wiem, że nie wszystkie przyjmujecie wyróżnienia, że niektóre z Was zostały już wcześniej wyróżnione ale mimo wszystko chciałabymm abyście wiedziały, że Wasze blogi są mi szczególnie drogie i lubię je odwiedzać z różnych powodów. Jeśli przyjmiecie zaproszenie będzie mi niezmiernie miło. Pominę tylko te, które właśnie z nominacji Baby już wzięły udział i odpowiedziały na pytania :)) Zapraszam do zabawy:
Graszkę
Adę
MartęM
Miszkę
Aka
Qrę Domową
Małgosię
Magdalnię
Danusię
Agę
Justynę
Shiraję
Klarkę
Doris
Bubisę
Jest też kilka blogów, które regularnie poczytuję, komentuję lecz pewnie ginę w ilości obserwatorów takich jak ja, więc ich autorzy niekoniecznie muszą zdawać sobie sprawę z mojego istnienia :)) A tak naprawdę, to ważne są wszystkie blogi, które obserwuję i wszystkim Wam dziękuję za to, że jesteście :))
piątek, 21 września 2012
Magiczne słowa
Przepraszam i dziękuję.
Przepraszam - za to, że zniknęłam nagle, bez zapowiedzi i pożegnania. Potrzebowałam trochę czasu dla siebie, na poukładanie się na nowo.
Dziękuję - za pamięć, za troskę, za pytania czy wszystko w porządku. Myślę, że wychodzę na prostą i teraz już wszystko będzie w porządku i zacznę częściej zaglądać do blogowego świata.
Nie było mnie tutaj bo chyba jednak kolejny zawodowy start okazał się ciut bolesny i trudny. Mam nadzieję, że najgorsze mam za sobą. Znalazałam sobie fajne biuro, które się remontuje. Mi pozostanie meblowanie, co nie ukrywam też stanowi dla mnie wielki problem i wyzwanie. Ale o tym pewnie napiszę w jednym z następnych postów.
Przez pewien czas rozważałam możliwość pracy w domu, ale to zupełnie się nie sprawdziło. Do tego zupełnie ogarnęła mnie "niemoc twórcza" o ile można tak mówić w moim przypadku. W każdym razie chodzi o to, że szydełko przez ten czas zupełnie nie chciało podporządkować się mojej woli, więc sobie odpuściłam. Ale zapał wraca, więc może i szydełko zacznie się słuchać ;) Do tego mam rozpoczętych kilka różnych robótek, niekoniecznie szydełkowych, które chciałabym skończyć. Wieczory są coraz dłuższe to może i czasu troszkę się znajdzie.
Dużo czytałam przez ostatnie tygodnie, różnych różności, niektóre po raz pierwszy, inne po raz wtóry, a jeszcze innych nie wiem po raz który :)) Był Harry Potter cz. 6 (razem z Julką), był Baltazar Mrożka, był Colas Breugnon Romain Rollanda, było też kilka kryminałów, które uwielbiam i rozmowa A. Andrusa z M. Czubaszek :)
Uwielbiam Colasa Breugnon (o czym wspomniałam na drugim blogu) za jego filozofię, prostą a tak bardzo użyteczną, za optymizm i chęć życia jego pełnią. Wypisałam kiedyś sobie "złote myśli" i tak towarzyszą mi do dziś, w różnych chwilach mojego życia.
Fanom powieści sensacyjnej polecam "Nielegalnych" Vincenta Severskiego (pseudonim polskiego pułkownika wywiadu). Książki po prostu nie da się odłożyć. Misternie skonstruwawana fabuła o działaniach asów wywiadu i kotrwywiadu trzyma w napięciu od pierwszych zdań.
Zmykam, jeszcze raz Was przepraszając i dziękując.
Cieszę się, że jesteście :)
Przepraszam - za to, że zniknęłam nagle, bez zapowiedzi i pożegnania. Potrzebowałam trochę czasu dla siebie, na poukładanie się na nowo.
Dziękuję - za pamięć, za troskę, za pytania czy wszystko w porządku. Myślę, że wychodzę na prostą i teraz już wszystko będzie w porządku i zacznę częściej zaglądać do blogowego świata.
Nie było mnie tutaj bo chyba jednak kolejny zawodowy start okazał się ciut bolesny i trudny. Mam nadzieję, że najgorsze mam za sobą. Znalazałam sobie fajne biuro, które się remontuje. Mi pozostanie meblowanie, co nie ukrywam też stanowi dla mnie wielki problem i wyzwanie. Ale o tym pewnie napiszę w jednym z następnych postów.
Przez pewien czas rozważałam możliwość pracy w domu, ale to zupełnie się nie sprawdziło. Do tego zupełnie ogarnęła mnie "niemoc twórcza" o ile można tak mówić w moim przypadku. W każdym razie chodzi o to, że szydełko przez ten czas zupełnie nie chciało podporządkować się mojej woli, więc sobie odpuściłam. Ale zapał wraca, więc może i szydełko zacznie się słuchać ;) Do tego mam rozpoczętych kilka różnych robótek, niekoniecznie szydełkowych, które chciałabym skończyć. Wieczory są coraz dłuższe to może i czasu troszkę się znajdzie.
Dużo czytałam przez ostatnie tygodnie, różnych różności, niektóre po raz pierwszy, inne po raz wtóry, a jeszcze innych nie wiem po raz który :)) Był Harry Potter cz. 6 (razem z Julką), był Baltazar Mrożka, był Colas Breugnon Romain Rollanda, było też kilka kryminałów, które uwielbiam i rozmowa A. Andrusa z M. Czubaszek :)
Uwielbiam Colasa Breugnon (o czym wspomniałam na drugim blogu) za jego filozofię, prostą a tak bardzo użyteczną, za optymizm i chęć życia jego pełnią. Wypisałam kiedyś sobie "złote myśli" i tak towarzyszą mi do dziś, w różnych chwilach mojego życia.
Fanom powieści sensacyjnej polecam "Nielegalnych" Vincenta Severskiego (pseudonim polskiego pułkownika wywiadu). Książki po prostu nie da się odłożyć. Misternie skonstruwawana fabuła o działaniach asów wywiadu i kotrwywiadu trzyma w napięciu od pierwszych zdań.
Zmykam, jeszcze raz Was przepraszając i dziękując.
Cieszę się, że jesteście :)
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Niedzica, Czorsztyn i zdjęcia z wakacji :))
W jednym poście nie uda mi się opisać i zilustrować moich wszystkich wakacyjnych wrażeń. Nawet nie wiem od czego zacząć. Podzieliłam więc opis moich wakacji na kilka części.
Powiem tak: w górach czuję się cudownie! I nucę Balladę z gór Starego Dobrego Małżeństwa:
Góry, tu wszystko jest święte (klik) - posłuchajcie, koniecznie!
Moje góry to Karkonosze, Pieniny, Góry Sowie. Nie znam Tatr i chyba czuję przed nimi lęk pierwotny jako przed potężnym żywiołem. Jeśli kiedyś wybiorę się poza Dolinę Chochołowską albo Kościeliską to bez dzieci. Niestety, góry, mają to do siebie, że pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie i zawsze trzeba być gotowym na wszystko. I choć teraz do Trzech Koron było tak blisko, jednak odłożyliśmy wędrówkę na później.
Przepraszam Was za ten chaos ale tyle różnych myśli przebiega mi przez głowę, że trudno ułożyć je w jakimś logicznym porządku.
Mając przed sobą ponad 500 km z Gniezna do Czorsztyna wyruszyliśmy o 5 rano. Bez nawigacji i z mapą z 1971 r. :))) I dotarliśmy. Bez większych problemów. Jechało się długo. Droga z Częstochowy do Katowic, choć dwupasmowa była strasznie zatłoczona i jak dla mnie, bardzo niebezpieczna. Potem autostrada, jak wieść gminna głosi (nie bez przyczyny) w remoncie i ... słynna Zakopianka. Do Myślenic dwupasmowa, którą jedzie się płynnie, potem zaczyna się koszmar czyli korek. Odbiliśmy w bok przed Rabką i jadąc drogami, których nie było na naszej mapie podziwialiśmy widoki. Mogłabym tak jechać i jechać ...
Dzieciom bardzo podobało się to, co widziały za szybami. Szczerze mówiąc, wiedząc do czego są zdolne moje pociechy, byłam bardzo mile zakoczona :) Pensjonat, w którym nocowaliśmy, choć miał być "sielski" był taki sobie, czułam się trochę jak w schronisku. Najgorzej nie było, ale też nie jestem skłonna go polecać. Dodatkowo jedzenie - najgorsze ze wszystkich w trakcie tygodniowych wakacji.
Po przyjeździe i szybkim obiedzie znaleźliśy jeszcze siły na wycieczkę do Niedzicy.
(daleko w tle zamek w Czorsztynie)
Na dziedzińcu.
Na dziedzińcu jest pięknie i zielono. Bardzo mnie zaskoczyły drewniane rynny (widoczne na zdjęciu).
Połączenie starego z nowym, choć może budzić kontrowersje u mnie jest zrozumiałe i mimo wszystko budzi podziw. Byłam zaskoczona że stare zabudowania, chociaż czasem nie pasowały do "wypasionych" nowoczesnych domów zostały zachowane w pięknym stanie. Darzę ich właścicieli wielkim szacunkiem.
Tak jak wcześniej pisałam, nasz Nikon odmówił posłuszeństwa pokazująć Error na wyświetlaczu - jak się okazało, typowy błąd dla tych aparatów. Niestety, naprawa kosztuje kilkaset złotych i nikt nie zrobi tego w kilka dni. Wszystkie zdjęcia, które zamieszczam wykonuję albo 'komórką' albo typowym automatem. O ile w terenie wychodzą, po japońsku - jako tako :), to wewnątrz są kompletną porażką, za co przepraszam, bo w późniejszych postach trochę tych zdjęć będzie.
Z Dębna wybaliśmy się na przełom Białki i do jaskiń, w których również 'kręcono' "Janosika". I jak tak patrzę na te skromne fotki to mimo wszystko zastanawiam się, jak można zamienić nasze cudne krajobrazy, tak różne i piękne na tropikalne uroki Turcji, Egiptu itp? Byłam i nie zamieniłabym. Dzieci były zachwycone wspinaczkami po górkach i kamieniach.
A potem zjedliśmy najsmaczniejszą rybę, jaką jadłam w życiu w Willi Jordanówka (klik). Pstrąg był wyjątkowo delikatny, bez "posmaku mułu" jak to zwykłam określać przy rybach słodkowodnych. Fantastyczny! Szkoda tylko, że nie można było najeść się 'na zapas'. Adres mam zapisany i jeśli mnie wiatry pognają w tamte strony, a wierzę, że tak, to na pewno się zatrzymam w Jordanówce :))
W czasie naszego obiadu, na szczęście gdzieś bokiem, nas tylko lekko smagnęła, przeszła burza. Bez koncepcji na popołudnie udaliśmy się na najdłuższy w Polsce tor saneczkowy u podnóża góry Wdżar. Poza tym, że było rewelacyjnie nie mam nic do dodania :))))) . Po zjeździe chłopaki pojechali wyciągiem na górę a my z Julką poszłyśmy próbować swych sił i hartu ducha na parku linowym. Czy będzie wielkim wstydem jak przyznam się, że ominęłam dwie przeszkody - przejście po drabince i wąskiej lince 8 m nad ziemią??? O ile siłowe przeszkody i te, które wymagają koordynacji przechodzę bez większych problemów to wysokość wciąż budzi mój niepokój. To przyszło mi z wiekiem. Starość nie radość, młodość nie wieczność. Może kiedyś uda mi się przełamać lęk przed wysokością i przestrzenią.
Ale i tak, było świetnie! :) Różne mięśnie, o których istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia, bolały przez kilka kolejnych dni. Mimo to, przy następnej okazji znowu spróbuję swoich sił w parku linowym :)
A wieczorem ... wieczorem jedliśmy najlepsze lody jakie do tej pory jadłam. I choć brzmi to fantastycznie, dla wtajemniczonych powiem, że są nawet lepsze niż w gdańskim Misiu. Dotychczas myślałam, że to niemożliwe. Jednak lody okazały się bardziej wyraziste w smaku, i bez uczucia że konsumujemy aromat identyczny z naturalnym. Może to dieta, którą mimo wszystko, staram się utrzymać spwodowała takie wyczulenie kubków smakowych. Jakby nie było lody było cudowne i ich smak czuję do dziś. Potem w Krakowie jeszcze raz ich próowaliśmy i nie zawiedliśmy się. Są super!
Następnego dnia spakowliśmy walizki i wyruszyliśmy do Ściborówki. Jednak wcześniej zwiedziliśmy zamek w Czorsztynie. Choć nie tak dostojny jak w Niedzicy i niestety zrujnowany, jednak posiadający urok, kótrego nie da się tak po prostu zignorować.
Dla odmiany widok na Niedzicę z Czorsztyna :)
Dla tych górskich widoków tracę głowę ...
Kotek ma się lepiej, oczywiście jest już po kuracji odrobaczającej i w tym tygodniu będziemy walczyć ze "skaczącym przychówkiem". Pan weterynarz zalecił przerwę między odrobaczaniem a zastosowaniem preparatu na pchełki. Dziękuję za wszystkie rady, o kocim katarze nie słyszałam.
Dużo kociąt w różnym stanie przeszło przez moje ręce, kilka doczekało pogodnej starości w domu, inne znalazły nowych właścicieli, ale żadne nie było w tak opłakanym stanie jak to. Mam nadzieję, że będzie z niego jeszcze porządny kot :)))
Powiem tak: w górach czuję się cudownie! I nucę Balladę z gór Starego Dobrego Małżeństwa:
Góry, tu wszystko jest święte (klik) - posłuchajcie, koniecznie!
Moje góry to Karkonosze, Pieniny, Góry Sowie. Nie znam Tatr i chyba czuję przed nimi lęk pierwotny jako przed potężnym żywiołem. Jeśli kiedyś wybiorę się poza Dolinę Chochołowską albo Kościeliską to bez dzieci. Niestety, góry, mają to do siebie, że pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie i zawsze trzeba być gotowym na wszystko. I choć teraz do Trzech Koron było tak blisko, jednak odłożyliśmy wędrówkę na później.
Przepraszam Was za ten chaos ale tyle różnych myśli przebiega mi przez głowę, że trudno ułożyć je w jakimś logicznym porządku.
Mając przed sobą ponad 500 km z Gniezna do Czorsztyna wyruszyliśmy o 5 rano. Bez nawigacji i z mapą z 1971 r. :))) I dotarliśmy. Bez większych problemów. Jechało się długo. Droga z Częstochowy do Katowic, choć dwupasmowa była strasznie zatłoczona i jak dla mnie, bardzo niebezpieczna. Potem autostrada, jak wieść gminna głosi (nie bez przyczyny) w remoncie i ... słynna Zakopianka. Do Myślenic dwupasmowa, którą jedzie się płynnie, potem zaczyna się koszmar czyli korek. Odbiliśmy w bok przed Rabką i jadąc drogami, których nie było na naszej mapie podziwialiśmy widoki. Mogłabym tak jechać i jechać ...
Dzieciom bardzo podobało się to, co widziały za szybami. Szczerze mówiąc, wiedząc do czego są zdolne moje pociechy, byłam bardzo mile zakoczona :) Pensjonat, w którym nocowaliśmy, choć miał być "sielski" był taki sobie, czułam się trochę jak w schronisku. Najgorzej nie było, ale też nie jestem skłonna go polecać. Dodatkowo jedzenie - najgorsze ze wszystkich w trakcie tygodniowych wakacji.
Po przyjeździe i szybkim obiedzie znaleźliśy jeszcze siły na wycieczkę do Niedzicy.
(daleko w tle zamek w Czorsztynie)
Tutaj zamek w Czorsztynie po drugiej stronie zalewu jest bardziej widoczny (my rodzinnie po prostu uwielbiamy zamki).
Na dziedzińcu.
Na dziedzińcu jest pięknie i zielono. Bardzo mnie zaskoczyły drewniane rynny (widoczne na zdjęciu).
Słodki całus i widok na zaporę.
Na dnie jeziora zostały zatopione góralskie chałupy i kościół. Podobno przy niskim poziomie wody widać wieżę kościoła. Podobno. Mimo wszystko chyba korzystniej, że zostało to zatopione pod kontrolą niż pozostawione żywiołowi, który nie oszczędza niczego i nikogo.
Drugi dzień wakacji spędziliśmy nie mniej aktywnie: najpierw Dębno i średniowieczny kościółek, znany m.in. z filmu o Janosiku. Ale mam nadzieję, że nie tylko :) Na Mszę św. o 11.00 dotarliśmy dość wcześnie i mieliśmy nadzieję, że spokojnie kościółek obejrzymy. Okazało się, że o 10.00 rozpoczynały się modlitwy i śpiewy (wszystkie panie obowiązkowo w góralskich chustach, czasami kompletnych strojach). Zdjęć wewnątrz robić nie wolno, z uwagi na ponad pęśćsetletnią polichromię. Przykro było mi patrzeć na turystów wchodzących i wychodzących z kościółka. Pełen urok można dostrzec po dłuższym czasie przebywania wewnątrz.
Modrzewiowo-jodłowy kościółek od zewnątrz:
Mnie zauroczył. Magia upływającego czasu? Może?
Dla zainteresowanych link parafialny: http://www.debno.diecezja.pl/kosciol.htm
W samym Dębnie nie brakuje drewnianych zabudowań, którymi jestem oczarowana. Zdjęcia są dość przypadkowe, wykonane telefonem komórkowym, ale może choć odrobinę ukażą klimat tej niewielkiej miejscowości (polecam spacer bocznymi, krętymi, urokliwymi ulicami):
Połączenie starego z nowym, choć może budzić kontrowersje u mnie jest zrozumiałe i mimo wszystko budzi podziw. Byłam zaskoczona że stare zabudowania, chociaż czasem nie pasowały do "wypasionych" nowoczesnych domów zostały zachowane w pięknym stanie. Darzę ich właścicieli wielkim szacunkiem.
Tak jak wcześniej pisałam, nasz Nikon odmówił posłuszeństwa pokazująć Error na wyświetlaczu - jak się okazało, typowy błąd dla tych aparatów. Niestety, naprawa kosztuje kilkaset złotych i nikt nie zrobi tego w kilka dni. Wszystkie zdjęcia, które zamieszczam wykonuję albo 'komórką' albo typowym automatem. O ile w terenie wychodzą, po japońsku - jako tako :), to wewnątrz są kompletną porażką, za co przepraszam, bo w późniejszych postach trochę tych zdjęć będzie.
Z Dębna wybaliśmy się na przełom Białki i do jaskiń, w których również 'kręcono' "Janosika". I jak tak patrzę na te skromne fotki to mimo wszystko zastanawiam się, jak można zamienić nasze cudne krajobrazy, tak różne i piękne na tropikalne uroki Turcji, Egiptu itp? Byłam i nie zamieniłabym. Dzieci były zachwycone wspinaczkami po górkach i kamieniach.
A potem zjedliśmy najsmaczniejszą rybę, jaką jadłam w życiu w Willi Jordanówka (klik). Pstrąg był wyjątkowo delikatny, bez "posmaku mułu" jak to zwykłam określać przy rybach słodkowodnych. Fantastyczny! Szkoda tylko, że nie można było najeść się 'na zapas'. Adres mam zapisany i jeśli mnie wiatry pognają w tamte strony, a wierzę, że tak, to na pewno się zatrzymam w Jordanówce :))
W czasie naszego obiadu, na szczęście gdzieś bokiem, nas tylko lekko smagnęła, przeszła burza. Bez koncepcji na popołudnie udaliśmy się na najdłuższy w Polsce tor saneczkowy u podnóża góry Wdżar. Poza tym, że było rewelacyjnie nie mam nic do dodania :))))) . Po zjeździe chłopaki pojechali wyciągiem na górę a my z Julką poszłyśmy próbować swych sił i hartu ducha na parku linowym. Czy będzie wielkim wstydem jak przyznam się, że ominęłam dwie przeszkody - przejście po drabince i wąskiej lince 8 m nad ziemią??? O ile siłowe przeszkody i te, które wymagają koordynacji przechodzę bez większych problemów to wysokość wciąż budzi mój niepokój. To przyszło mi z wiekiem. Starość nie radość, młodość nie wieczność. Może kiedyś uda mi się przełamać lęk przed wysokością i przestrzenią.
Ale i tak, było świetnie! :) Różne mięśnie, o których istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia, bolały przez kilka kolejnych dni. Mimo to, przy następnej okazji znowu spróbuję swoich sił w parku linowym :)
A wieczorem ... wieczorem jedliśmy najlepsze lody jakie do tej pory jadłam. I choć brzmi to fantastycznie, dla wtajemniczonych powiem, że są nawet lepsze niż w gdańskim Misiu. Dotychczas myślałam, że to niemożliwe. Jednak lody okazały się bardziej wyraziste w smaku, i bez uczucia że konsumujemy aromat identyczny z naturalnym. Może to dieta, którą mimo wszystko, staram się utrzymać spwodowała takie wyczulenie kubków smakowych. Jakby nie było lody było cudowne i ich smak czuję do dziś. Potem w Krakowie jeszcze raz ich próowaliśmy i nie zawiedliśmy się. Są super!
Następnego dnia spakowliśmy walizki i wyruszyliśmy do Ściborówki. Jednak wcześniej zwiedziliśmy zamek w Czorsztynie. Choć nie tak dostojny jak w Niedzicy i niestety zrujnowany, jednak posiadający urok, kótrego nie da się tak po prostu zignorować.
Dla odmiany widok na Niedzicę z Czorsztyna :)
Dla tych górskich widoków tracę głowę ...
Kotek ma się lepiej, oczywiście jest już po kuracji odrobaczającej i w tym tygodniu będziemy walczyć ze "skaczącym przychówkiem". Pan weterynarz zalecił przerwę między odrobaczaniem a zastosowaniem preparatu na pchełki. Dziękuję za wszystkie rady, o kocim katarze nie słyszałam.
Dużo kociąt w różnym stanie przeszło przez moje ręce, kilka doczekało pogodnej starości w domu, inne znalazły nowych właścicieli, ale żadne nie było w tak opłakanym stanie jak to. Mam nadzieję, że będzie z niego jeszcze porządny kot :)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































