Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samo życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samo życie. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2014

Zima ...

Przez ostatnich 10 dni zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić, ale jej nadejście było dla nas ogromnym zaskoczeniem. Nie śledzimy prognoz pogody, rośliny też nie. Wydawały się być równie zaskoczone co i my. Krokusom zabrakło kilku dni do pełnego rozkwitu. Pierwiosnki właśnie zakwitły i tak zastygły w deszczu, który padał w temperaturze -5 stopni.


Choć lawendę ścinałam pod koniec października - nie dała za wygraną i pojedyncze kłosy zdobiły krzaczki.


Róże też były gotowe do rozkwitu:


Starzec wygląda bajkowo:


Cały czas zastanawiam się jak takie drobne i wiotkie gałązki mogą utrzymać taką warstwę lodu:



A przed domem mamy eleganckie lodowisko. Lód jest tak gruby, że żadne próby jego skucia nie przyniosły rezultatu. 



Ten krajobraz trochę się już zmienił, przybyło śniegu, tylko lód pozostał. Zaczęło wiać i zrobiło się niezbyt przyjemnie. A ferie tuż tuż ...

Chociaż ja już czuję ich przedsmak - siedzę z małym rekonwalescentem w domu wypełniając czas grami, malowankami i bajkami. I pewnie o tym będzie kolejny post :))

Dziękuję Wam za smakowite komentarze pod faworkami :))
Pozdrawiam z wietrznej i lodowatej Wielkopolski!

wtorek, 12 listopada 2013

listopadowy weekend w Gdańsku

11 listopada to dla nas szczególne święto. To imieniny Marcina (możemy więc bez skrupułów objadać się prawdziwymi poznańskimi rogalami) ale także okazja do patriotycznych pogadanek i śpiewania starych żołnierskich piosenek. Pewnie na przekór wielu jestem dumna i z historii i z naszych (polskich) osiągnięć. Kiedy parotysięczny tłum śpiewa hymn pod pomnikiem Jana III Sobieskiego mi po plecach przechodzą dreszcze. Może to kwestia wychowania? Może specyficznej atmosfery, w której dorastałam kiedy przemiany "działy się" na moich młodych wówczas oczach i bardzo mnie interesowały?
To co dzieje się w Warszawie jest tak odmienne od gdańskiej parady, że czasem aż trudno uwierzyć, że migawki, które gdzieś zobaczę są prawdziwe. My od 10 lat przyjeżdżamy regularnie do Gdańska aby świętować. Przypinamy własnoręcznie zrobione kotyliony, zakładamy szaliki, czapeczki. Dla mnie najpiękniejsze jest to, że uczestników parady, a także zwykłych przechodniów odświętnie ubranych nikt nie zwołuje, nie zmusza. Centrum miasta jest w tym dniu biało-czerwone. Masz coś ciekawego do pokazania (rower, szczudła, stare auto), współtworzysz grupę ludzi pasjonującą się daną epoką - możesz wziąć udział. Pamiętam tak duże parady, że zaczęto wprowadzać zapisy, wszyscy nie mogli wziąć udziału. Na trójmiejskich stronach można pooglądać fotorelacje, poniżej moich kilka migawek zrobionych "w biegu" i Gdańsk - moje kochane miasto w nietypowym, ciepłym listopadzie:



Kowboje: Dziadek z wnuczkiem :*





Listopad w Gdańsku ma też ogromną zaletę - wdychamy jod w czasie nadmorskich spacerów.


(Córeczka z tatusiem spacerują po molo w Brzeźnie).



Marcin wyprosił czapkę - sowę, zrobiłam w komplecie z rękawiczkami.


Komplecik i kotyliony możecie obejrzeć klikając tu: Pracownia na zapiecku

A Wy świętujecie? Jeśli tak to w jaki sposób?
Pozdrawiam ciepło, listopadowo :)

wtorek, 5 listopada 2013

Zaległości, zaległości ...

Nie pisałam chwilę, bo dużo wokół się działo.
Po pierwsze urodziny Julki. Zgodnie z zapowiedzią aby uatrakcyjnić dziewczynkom imprezę kupiłam każdej małą dynię i wycinałyśmy. Śmiechu i bałaganu było całe mnóstwo, ale warto było. Dziewczyny nie zdążyły się znudzić a efekt był taki:




Nie obchodzimy Halloween. Ale dynie wycinamy. Moja Teściowa jako dziecko też takie dynie miała a o amerykanizacji wtedy nikt nie słyszał :)

Ulubionym torcikiem Julki jest Pavlova więc chcę czy nie, lubię czy nie (na szczęści chcę i lubię) muszę go robić. Ciasto idealnie sprawdza się na przyjęcia dla dzieci.
Korzystam z przepisu znalezionego u Ady. Kiedy robiłam go pierwszy raz czułam obawy, bo mistrzem wypieków nie jestem. I słusznie się obawiałam bo wyszła klapa. Jak się później od Ady dowiedziałam za wcześnie wyjęłam ciasto. A ono po określonym w przepisie czasie pieczenia musi sobie w spokoju stygnąć w piekarniku. Uchylam więc minimalnie drzwiczki i tak zostawiam do całkowitego wystudzenia. Wg oryginalnego przepisu powinno się go podawać z bitą śmietaną. Na wyraźne życzenie mojego dziecka musiałam zrobić z kremem malinowym - też go lubię bo jest raczej kwaskowy. Niestety nie zdążyłam zrobić zdjęcia tortu w pełnym wystroju.


Moja nastolatka :* - jak przystało na czarownicę, z kotem :))




Doczekałam się półki wykończeniowej nad kominek :)) Dwa lata czekałam, ale Pan Stolarz (który nam wykonał dużo innych mebli m.in. bibliotekę) wciąż miał coś innego do zrobienia. Nie szkodzi, że tak długo to trwało i tak mogłabym go z czystym sumieniem każdemu polecić. 

Półeczka miała być w miarę prosta, nawiązywać do biblioteczki. Wiem, że zdecydowanie odbiegam od trendu bielenia mebli, moje są ciemne, może ciężkie ... ale je lubię i wiem, ze nie przyjdzie do głowy mi ich zmieniać.

Dekoracje na półeczce wciąż przestawiam i ustawiam inne, sprawdzając co lepiej wygląda. Dla odmiany te jaśniejsze bardziej mi się podobają :)) Tylko kolor ściany bym zmieniła. Malowania za szybko nie planujemy więc lubię to co mam :)



Nastąpił kolejny zwrot w moim życiu zawodowym. Może zwrot to dużo powiedziane, mała górka brzmi chyba lepiej. Sytuacja rodzinna mnie zmusiła do przeniesienia biura do domu. Pamiętacie jak ważne było dla mnie moje nowe miejsce (teraz już byłe)? Pisałam o tym tu i tu.
Nie jest mi lekko, ale okazało się, że w biurze spędzam coraz mniej czasu i więcej rzeczy robię w domu, część dokumentów miałam w pracy, część w domu a to było nie do pogodzenia. Cóż, wiem, że inne względy też by mnie do tego zmusiły więc i tak nie miałam wyjścia. Zorganizowałam sobie kącik w suszarni na poddaszu mojego domu. Jak trochę ogarnę postaram się Wam pokazać. Na razie (może przez ból wszystkich mięśni po generalnym sprzątaniu suszarni i przeprowadzce) chyba nie mam sił i serca.

Pozdrawiam wszystkich starych i nowych czytelników (w szczególności jedną czytelniczkę, która przeczytała bloga od deski do deski :* ) i zapraszam do zerknięcia do Pracowni  tam już niebawem o ubrankach dla kubków, których zapomniałam Wam pokazać  :)) Wzór na ubranka podejrzałam u Justyny - mam nadzieję, że się nie pogniewasz Kochana :*



środa, 2 października 2013

Cudowne urodziny :)

Dziękuję Wam Kochane za urodzinowe życzenia pod poprzednim postem. Jednak nie wszystko poszło tak jak miało, bo wpis opublikował się sam, ale z opóźnieniem ... eeech, te technologie.
W lesie było cudownie. Co prawda jechaliśmy w deszczu, w ulewie spacerowaliśmy po lesie nr 1, który przywitał mnie 4 kozakami, na zachętę i na tym zakończył.
Przemoczeniu udaliśmy się do zaprzyjaźnionej leśniczówki na kawę. Dostaliśmy też wskazówki, w którą stronę pojechać (leśniczówka prowadzi też skup grzybów i zawsze wiadomo, gdzie te grzyby się pokazują) aby spotkać grzyby. Szwagier zna te lasy jak własną kieszeń więc pojechaliśmy do lasu nr 2. Wysiadam z auta a pod nogami ... podgrzybki, zwane tutaj czarnymi łebkami. I znów spacerowaliśmy w deszczu, tym razem usatysfakcjonowani, bo grzybków, malusieńkich było bardzo dużo. Gdy znalazłam jednego, następnych kilka było w zasięgu wzroku. W takich okolicznościach, deszcz nie przeszkadza :)))
Spacer po lesie ze szwagrem leśnikiem - jak dla mnie okazał się być bezcenny. Zobaczyłam rzeczy, których sama nigdy bym nie zauważyła: przejścia byków przez drogę (hahaha powiedziałabym, że jeleni, ale dostałabym po uszach od Z.), miejsca, w których ocierają się o drzewa, ślady, które zostawiają na piaszczystej drodze, mrowisko, w którym wyspał się dzik. Dla mnie, mieszczucha z urodzenia, ten wypad to nie tylko grzybobranie ale też piękna lekcja przyrody. Spodobał mi się tamten las, bardzo - w kolejnej leśniczówce dostałam dokładną mapę, abym mogła tam wybrać się sama.
A las w grzyby był bardzo urodzajny, znalazłam chyba wszystkie, które lubię najbardziej: poza znanymi podgrzybkami, prawdziwkami i kozakami rosły też surojadki, kołpaczki i miodówki. Tylko na kurki było już za późno, znalazłam jedynie kilka sztuk.

Efekt naszego wspólnego grzybobrania przedstawia się następująco:

Wszystkie zdjęcia są zrobione komórką (z przykrością stwierdzam, że poprzedni telefon robił lepsze zdjęcia :( ) - aparat co prawda zabrałam, ale obawiałam się go wyjmować w tym deszczu.

Takich urodziwych podgrzybków rosło mnóstwo, dopiero dziś wyjęłam z piekarnika ostatnią partię grzybków (nie mam suszarki a aura za oknem nie sprzyja suszeniu).


A las? Las był cudowny ... 7 długich lat musiało upłynąć abym mogła po takim spacerować.







W tym lesie czułam się bezpieczna (nie tak jak w okolicznych, zarośniętych). Zdecydowanie to MÓJ LAS i obiecałam sobie, że w przyszłym roku tam wrócę :))
W końcu mam mapę! :))

Widzicie na zdjęciach szwagra??? Macie ochotę na paczuszkę suszonych grzybów (same podgrzybki)? Kto pierwszy ten lepszy ... proszę o wskazanie numeru zdjęcia na którym ukrywa się Z. :)  
Choinka, nie wiem czy to legalne tak rozdawać grzyby, których pochodzenie mogę jedynie sama zagwarantować. Przyznam się jedynie, że z kompletnego samolubstwa wszelkie z blaszkami pożarłam w sosie i nie powiem, był obłędny! Do suszenia pozostały same podgrzybki, więc jeśli macie ochotę wyszukujcie szwagra.

czwartek, 26 września 2013

Prezent urodzinowy :))

Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze ... i gdy post się ukaże, i przeczytają go pierwsze z Was to ja będę wysiadała z autka w środku Puszczy Noteckiej, złapię oddech i powędruję wgłąb lasu. Bez moich ukochanych najbliższych, w ciszy i spokoju, ze szwagrem-leśnikiem u boku.

To mój urodzinowy prezent, od siebie dla siebie :) I od męża, który będzie musiał sam (!) wyszykować się do pracy i jeszcze Marcina odwieźć do przedszkola, odebrać i spędzić z dzieciakami część popołudnia. Takie wypady to tylko zawodowo mi się zdarzały, a teraz egoistycznie robię w końcu coś dla siebie samej :)))

I będę sobie nuciła ulubione piosenki Starego Dobrego Małżeństwa, urodzinowe i nie tylko:

http://www.youtube.com/watch?v=BZUx1H4xJfc

(nie wiem czemu, ale niektórych piosenek nie mogę dodać bezpośrednio na bloga)

i w podziękowaniu, za te ileś tam lat ... i za wszystkich i wszystko co spotkałam do tej pory na swojej drodze :))


A może nawet jakiś grzyb się trafi??? 

Pięknego dnia życzę Wam ... i egoistycznie, sobie też :D

piątek, 20 września 2013

Sprzątanie świata? Jestem na nie!

Dziewczyny, które znają mnie bliżej wiedzą, że zawodowo zajmuję się ochroną środowiska, a właściwie przygotowywaniem różnych analiz i opracowań. Kiedyś z racji wykonywanej pracy urzędniczej też musiałam brać udział w wydarzeniach typu "Sprzątanie świata". O ile miałam na to wpływ to starałam się kupować dzieciom (bo to przecież najwięcej dzieci wyrusza na sprzątanie świata) przede wszystkim mocne rękawice i worki, ale i tak mieliśmy limity wydatków i dzieci zazwyczaj dostawały po jednej rękawiczce. Troska o środowisko i życie w zgodnie z naturą są mi bliskie i dlatego też bliska mi była edukacja ekologiczna (będąca moim konikiem). Cenię wiele akcji edukacyjnych, niektóre jeśli mam możliwość wspieram finansowo. Nie rozumiem natomiast idei wysyłania dzieci do lasów, parków miejskich w celu sprzątania śmieci. Czego dzieci się uczą? Najczęściej tego, że dorośli śmiecą. Bo przecież butelki po piwie, puszki, zużyte prezerwatywy, niedopałki, bywa też że zużyte igły i strzykawki nie należą do dzieci. Czy nie byłoby lepiej aby np. dzieci zamiast zbierać śmieci wygrabiły liście schorowanych kasztanów? Albo zadbały o zieleń wokół szkoły? W mojej szkole podstawowej każda klasa była odpowiedzialna za skrawek ziemi. Sprzątaliśmy, budowaliśmy kosze, sadziliśmy kwiaty, tworzyliśmy skalniaki. To była prawdziwa troska o swój kawałek ziemi. Były też mniej udane akcje jak choćby wykopki i zbieranie stonki, ale to na szczęście było i minęło.
Kiedy rozmawiam z nauczycielami to przyznają mi rację .... a potem przychodzi 3 weekend września i dzieci znowu zabierają się za porządki po nas, dorosłych - bo tak trzeba, bo nie wypada nie wziąć udziału w tej akcji. Worki ze śmieciami zostaną ustawione przy drodze i w niektórych  miejscach postoją tydzień albo dłużej. Czy efekt edukacyjny zostanie osiągnięty?

piątek, 28 czerwca 2013

Jeden z tych dni i tych wieczorów :)

Kiedy piszę o "tych dniach" to myślę o dzieciach i ich ulubionych dniach w ciągu roku, Boże Narodzenie, Wielkanoc, urodziny i imieniny i oczywiście - pierwszy dzień wakacji! :) Co roku i ja oddycham z ulgą bo chociaż wakacji nie mam ale to i tak oznacza zwolnienie odrobinę rytmu dnia.

Julka w tym roku naprawdę się postarała o piękne świadectwo, chociaż nie powiem, łatwo nie było, szczególnie na początku. Czwarta klasa, nowe przedmioty, poważne traktowanie ucznia, odpytywanie, prace klasowe. Do tego koszykówka. Treningi ją wykańczały i musieliśmy odpuścić. Starsze o dwa lata dziewczyny były silniejsze, a treningi z rówieśniczkami z innym trenerem to już nie było to samo. W zamian pochłonęły ją szachy, też fajnie, chociaż Julka potrzebuje więcej ruchu, inaczej energia ją rozpiera i od września będziemy szukać ... A może wystarczą stare dobre SKSy :)

Bukieciki dla nauczycieli robiłam własnoręcznie, trochę ich było a ja nie miałam czasu czekać w kwiaciarni. Pewnie, mogłam zamówić, ale zapomniałam więc tylko kupiłam kwiaty i modziłam ...





Marcina kwiatki dla przedszkolnych "Cioć" zostały dodatkowo ozdobione motylkami






Ostatni dzień w szkole to jeden z trzech wieczorów w roku, który spędzam sama, mąż-nauczyciel świętuje :)
Może przez to, że to tylko jeden z tych trzech wieczorów (pozostałe dwa to Dzień Nauczyciela i Grand Prix na żużlu w Toruniu ;) ) to go lubię. Czasem potrzebna jest taka chwila intymności sam na sam ale w dobrym towarzystwie ...


No, może nie do końca sam na sam, bo zanim zdążyłam usiąść w fotelu, był już zajęty ...



"Ale o kim mowa? Ja nic nie wiem, miau ..."


I Wam życzę przyjemnego wieczoru i oczywiście cudownych wakacji!

P.S. Graszko, kiedyś do mojej ówczesnej menażerii dołączyły dwa czarno-białe kotki, Bolek i Lolek. Ależ było z nimi uciechy i radości! I wtedy też ukazała się seria z powiedzonkami, radami na każdy dzień "Mały poradnik życia". Pamiętam z niego taką notkę: "Jeśli chcesz wziąć kota, weź dwa, kłopotu tyle samo o radości co niemiara". Święta prawda. Twojej Mamie się nie dziwię :)))


wtorek, 22 stycznia 2013

W roli faceta ...

... zupełnie się nie sprawdzam. Chociaż chyba w roli kobiety też nieszczególnie, przynajmniej dzisiaj :D
Od samiutkiego rana biegałam dziś jak nakręcona, no bo jakże, urlop od jutra zaplanowany (chociaż pod wielkim znakiem zapytania, ale o tym dalej) więc w pracy trzeba się obrobić, dokumenty przygotować, powypychać co trzeba. Udało się wszystko tak poukładać: dokumenty, spotkania żeby jeszcze wyjść z pracy o przyzwoitej porze. Do kwiaciarni tylko wstąpić nie zdążyłam. Jeszcze przed pracą dałam Marcinowi czekoladki dla Babci (bo przed pracą Marcina musiałam do Babci odstawić) ale kwiatek to zawsze kwiatek. Niestety, musiało obyć się bez ... bo jak się okazało dziś na naszej ulicy ksiądz kolęduje. O koszmarnie dziwnej godzinie - 14.30. Przecież nawet na wsi ludzie o tej porze pracują! No ale cóż, nie przyjąć księdza nie przystoi więc po pracy: pędem po Marcina, na pocztę, do domu. Do tego dwie torby: komputer + dokumenty, drukarka w trzeciej torbie z zapasem papieru i tonerów (bo jednak wszystkich papierów wypchnąć się nie udało). Uffff ... udało się, pomimo zasp dotarłam. Śniegu już z auta nie zmiotłam więc później w garażu czekała mnie dodatkowa robota, ale o tym też chwilkę później.

Ufff ... dotarłam, ale to już 14.45 ... eeeee może w tym roku znowu kolędę zaczną od Zielonej a nie Ogrodowej? Jeszcze zdążyłam powiedzieć mężowi, że najbardziej frustrujące jest to całe czekanie, bo nigdy nie wiadomo, od której ulicy zaczną kolędować i równie dobrze mogą przyjść za 10 minut jak i za 3 godziny. Chyba to nie była dobra pora do takiego komentarza bo ledwie przygotowałam lichtarze i pasyjkę, wodę święconą gdy ministrant zadzwonił domofonem. Hmmm ... a tu stół nie nakryty, Marcin z dziurą, co to akurat dziś musiała się na kolanie zrobić ... No dobra, niech będzie. Kolejny frustrujący moment. Ministrant przychodzi podczas gdy ksiądz "kolęduje" u sąsiadów dom wcześniej. O czym tu z takim chłopiną rozmawiać? Ani ja nie znam jego, ani on mnie. Na szczęście tym razem ksiądz, będący w gościnie, szybko kolędował i za 10 minut zjawił się u nas. Przez te 10 minut dopięłam to co było niedopięte, przynajmniej powierzchownie, w szczegóły zagłębiać się nie będę (w końcu ksiądz to facet i może nie wszystko zauważył). Ksiądz nie wiem który to już raz spisał wszystkie nasze dane: imię, nazwisko, data urodzenia, zawód w przypadku dorosłych, data ślubu, parafia, w której był ślub brany itd itp. Zastanawiam się po co mu to? Przecież proboszcz w dokumentach powinien to wszystko mieć. Kiedyś kościelne archiwa były najpewniejsze. Mąż, który w tym roku wyjątkowo zadowolony przeczekał kolędę we własnym łóżku, coś tam mi o ochronie danych osobowych pomarudził. Ale myślę sobie, że one chyba są dość dobrze chronione, bo chciej tu człowieku coś od księdza wyciągnąć. Chyba że masz układy dobre, albo portfel nie byle jaki ... Kiedyś, gdy przyjaźniłam się z księżmi z mojej rodzinnej parafii kolęda była fajnym wydarzeniem bo spotykaliśmy jak dobrzy przyjaciele, Mama zawsze przygotowała kolację, na którą po skończeniu kolędowania przychodzili księża. To był jedyny okres gdy kolęda sprawiała przyjemność. Nie wiem do końca jaki jest sens tej tzw. wizyty duszpasterskiej. Gospodarze podenerwowani (żeby nie napisać w stresie), ministrant ledwie żywy, zachrypnięty intonował kolędę ... A ksiądz, chwila moment, gadka-szmatka i poszedł.
Tyle chociaż dobrego z tej ekspresowej kolędy, że popołudnie mieliśmy w miarę wolne i spokojne. To znaczy kto miał ten miał, na pewno nie ja.
Mąż mój drogi, lat czterdzieści i coś, unieruchomiony na dobre został - od piątku z różyczką się zmagając. Jak na złość śniegiem od piątku sypnęło. Pierwsze odgarnianie śniegu sprawiło mi przyjemność wielką, a co tam, jeszcze nikomu trochę ruchu nie zaszkodziło. Szczególnie, że całe popołudnie spędziłam z Marcinem u lekarza, który orzekł przejściowe zapalenie biodra.
W sobotę rano było gorzej, bo żeby po zakupy wyjechać musiałam trochę poodgarniać, a śnieg sypał i sypał... Wieczorem kolejne odśnieżanie, było miło, ale już nie tak jak w piątek. Do tego wiadomo, inne obowiązki domowe ... ech, szkoda gadać.
Niedziela była całkiem przyjemna, choć mroźna (najważniejsze, że śnieg nie padał!) :)) Za to wieczorem się zaczęło: zadymka taka, że domu po drugiej stronie drogi nie było widać. Rano jeszcze jakoś wyjechałam, nawet wróciłam do domu jakoś ... ale to nie były komfortowe warunki. Po księdzu, nakarmieniu głodnych chłopaków poszłam odśnieżać. Od tego wiatru zaspy się porobiły okrutne, łopata niezbyt przystosowana do trudnych warunków pracy, bo plastikowa gięła się przy każdej zaspie. Po godzinie wokół domu jakoś wyglądało, może rano uda mi się wyjechać, jak mi drogę odśnieżą oczywiście, bo dziś już ledwie ledwie przejechałam.
Po odśnieżaniu jeszcze czekało mnie zbieranie wody w garażu, która spłynęła z mojego zasypanego auta. W końcu coś, co powinnam dobrze zrobić, jakby nie było to ja sprzątam nasz dom. Pożałowałam mężowi i kupiłam mu byle jakie wiadro (garaż i kotłownia to jego królestwo a ja jestem tam ledwie tolerowana) i mam za swoje. Pod koniec mycia i zbierania tej wody wiadro się przewróciło i cała robota na marne. Już nie będę taką sknerą. Oddam mu swoje stare domowe wiadro, a sobie kupię nowe ...
Planowałam wyjazd do rodziców na jutro ... hmmm, jutro na pewno nie pojadę, może w środę? T. chory, nawet na dworzec zawieźć mnie nie może, autem w taką pogodę podróż mi się nie uśmiecha. A już myślałam, że tym razem bez większych problemów się obędzie. Marcin od czwartku do przedszkola nie chodził (bo się na nóżkę skarżył) więc była szansa, że nie przywlecze jakiegoś paskudztwa. No to T. się musiał rozłożyć :((( I cóż ja mam począć???

Wiedząc, że czeka mnie wyjazd do Gdańska nie wysyłałam mojej Babci kartki, chciałam wręczyć jej osobiście, tym bardziej, że sama ją zrobiłam.
Karteczka odpowiada na wyzwanie na blogu 123scrapujty ale ... po obejrzeniu tych wszystkich profesjonalnych i cudownych prac nie mam śmiałości jej zgłosić, tak wiele muszę się jeszcze nauczyć. Karteczka, choć bardzo skromna, mi osobiście się podoba, włożyłam w nią dużo serca, szczególnie w koronkę (o wiele trudniej obrabiać papier niż materiał) i myślę, że Babci też będzie się podobała :))  Zdjęcia fatalne, pomimo, że biegałam od lampy do lampy z jadalni do kuchni, z kuchni do pokoju ... :((






Tu z grosikiem, dla ukazania "wielkości" kwiatków zrobionych z cieniutkiego kordonka do obrębiania chusteczek.
Kiedyś obowiązkowo robiłam Babciom i Dziadkowi laurki. Teraz mobilizuję do tego dzieci, sama przechowując wszelkie laurki i prace ręczne na pamiątkę. Niech ta karteczka będzie taką właśnie laurką! :))

Pozdrawiam serdecznie i ściskam gorąco. Mam nadzieję, że wkrótce odezwę się jednak z Gdańska! :)

P.S. I stało się, wieczorem przejechał pług. Rano pod bramą miałam pół metrowe zaspy, tego co pług zgarnął z drogi i to co od nowa nawiało. Po 1,5 godziny odśnieżania miałam dość. Jak już skończyłam bo inaczej nie było szansy na wyjazd,  pług pojawił się na horyzoncie. Ha! Stanęłam z łopatą na drodze (że niby nie widzę i odśnieżam, w końcu dwa kaptury na głowie powodują, że mam prawo nie widzieć i nie słyszeć). Albo Pan był bardziej uprzejmy, albo tak sugestywnie walczyłam z resztą śniegu, w każdym bądź razie nie zgarnął mi śniegu z drogi pod bramę tylko jeszcze pozbierał to co się nazbierało wokół i zgarnął na pobliskie pole :))
Moje odśnieżanie zaczyna mi przypominać to: http://forum.nissanklub.pl/index.php/topic/73914-ukochany-domek-w-beskidach/  - ale ostrzegam, nie dla wszystkich ;)
A wracając do kolędy ... widziałam na youtube, że to niezwykle popularny temat dla kabareciarzy, np. kabaret Nowaki: http://www.youtube.com/watch?v=oXEwPizkSUc
Przepraszam, że tak trochę ironicznie dziś, ale cóż robić jak nic nie idzie tak jak iść powinno? Pośmiać się jedynie można.
Kartkę zgłaszam na wyzwanie na 123scrapujty (rozkaz to rozkaz). Poniżej zdjęcia z dzisiaj, niestety też nic szczególnego ... aparat miałam oddać do naprawy podczas wizyty w Gdańsku. Już i tak nikt nie zdąży mi naprawić podczas mojego pobytu więc będę czekać aż rodzice mi przywiozą.



Wyzwanie brzmiało:
- przewaga koloru zielonego (jest!)
- użycie wstążki lub koronki (zrobiłam własną)
- przynajmniej trzy kwiatki (są!)
- przynajmniej 3 warstwy (są!)
- przynajmniej 1 element quillingu (jest! - ale miałam problem bo nie wiedziałam co to w ogóle jest. Znalazłam fajny filmik pokazujący jak zrobić podstawowe kształty z papieru, polecam:
http://www.youtube.com/watch?v=F0LL1JbCXn0 )

Uciekam do pracy. Ściskam serdecznie! :)

środa, 13 czerwca 2012

Równowaga musi być

Ostatnio było dużo o tym, jak to cudownie być Mamą. Bo jest!  :)) Tylko nie zawsze jest słodko ... pominę fakt, że w długi weekend moje dzieci zawsze bardzo żywe i impulsywne nie dały mi po prostu żyć, w mieście było mi wstyd, moja Teściowa a ich Babcia powiedziała, że już więcej z nami nie wybierze się na większe zakupy. To wszystko tzw. "pryszcz". W poniedziałek Julka ułamała sobie stałą jedynkę. Tak w połowie. Równiótko jakby nożem ktoś przeciął. Ona płakała a ja razem z nią, tak bez łez, żeby dodatkowo jej nie stresować. Dziś idziemy do dentysty, zobaczymy jaki będzie wyrok.
A Marcin ... Marcin właśnie złapał ospę. To nic takiego, zwykła choroba wieku dziecięcego. Ale dlaczego teraz??? W piątek mieliśmy zaplanowaną wycieczkę pociągiem do Gdańska. Mamy bilety na mecz! Ten pociąg to miało być zadośćuczynienie za to, że w czasie ostatniej podróży się rozchorował i do Gdańska dojechał z wysoką gorączką. Zadośćuczynienia nie będzie. I tak jest zawsze, na wyjazd do Babci i Dziadka dzieci są chore. A to dla mnie jedyna możliwość kiedy mogę spotkać się z przyjaciółmi. Chorego dziecka nie mam sumienia zostawiać w domu. Znowu będę oglądać Gdańsk przez szybę samochodu :(

środa, 30 maja 2012

Świętowania i wzruszeń ciąg dalszy.

Wczoraj świętowałam Dzień Mamy u Julki w szkole. I co? Znowu mi łzy pociekły po policzkach ... ach, nie wiem czy się kiedyś uodpornię. Próbuję wziąć się w garść ale mi nie wychodzi. Julka, jako jedyna dziewczynka w klasie posiadająca brata powiedziała taki wierszyk i przygotowała rysunek:



Mamo namalowałam Ci obrazek, zupełnie sama.
Na tym obrazku jesteśmy razem:
Ja Twoja córka i Ty moja Mama.
A Twój synek, mój brat, podaje Ci kwiat.
Jesteś pięknie ubrana, uśmiechnięta i ładna.
Tylko mi tu nie wyszło, że Ty Mamo,
jesteś bardzo, ale to bardzo kochana.

Gdy już będę duża, kupię Ci dom, taki jak ten, na obrazku.
Będziesz tu wracać po pracy, by odpoczywać na ganku.


I jak tu się nie wzruszyć?


Słowem wytłumaczenia Julka mi wyjaśniła, czemu rysunek taki pognieciony - bo rysowała go pod kołdrą, żebym nie widziała! I nie mogła się przyłożyć, tak jakby chciała :)))  Dla mnie i tak jest piękny :)

Akademia była cudowna, dzieci przejęte a Mamy szczęśliwe i bardzo dumne.


Julka zadowolona, zaprezentowała swoją nową odświętną fryzurę, wykonaną maminymi rękami:




Wciąż się coś dzieje a chciałam Wam pochwalić się moimi kuchennymi i nie tylko kuchennymi zakupami. Jakiś czas temu odkryłam sklep z końcówkami różnych kolekcji - generalnie właściciele kupują to, co uda im się kupić w zachodnich outletach, po dużo niższych cenach niż u nas.
Mi wpadły w oko poduchy w uroczy kwiatowy wzór, które podobają mi się w salonie:



i na tarasie:


Te zdjęcia robiłam kilka dni temu, o czym świadczy bez w wazonie (dziś już tylko wspomnienie), ale nie miałam okazji się pochwalić ;)

Do kompletu kupiłam jeszcze rękawice i łapki do gorących garnków oraz uroczy fartuszek:




Udało mi się też kupić nie stanowiącą kompletu ściereczkę do naczyń, która u mnie pełni rolę małej serwetki na tarasowy stolik:




Dziękuję Wam, że mnie odwiedzacie zostawiając przy okazji miłe słowo :))
Kolejny post będzie robótkowo-szydełkowy :)