... zupełnie się nie sprawdzam. Chociaż chyba w roli kobiety też nieszczególnie, przynajmniej dzisiaj :D
Od samiutkiego rana biegałam dziś jak nakręcona, no bo jakże, urlop od jutra zaplanowany (chociaż pod wielkim znakiem zapytania, ale o tym dalej) więc w pracy trzeba się obrobić, dokumenty przygotować, powypychać co trzeba. Udało się wszystko tak poukładać: dokumenty, spotkania żeby jeszcze wyjść z pracy o przyzwoitej porze. Do kwiaciarni tylko wstąpić nie zdążyłam. Jeszcze przed pracą dałam Marcinowi czekoladki dla Babci (bo przed pracą Marcina musiałam do Babci odstawić) ale kwiatek to zawsze kwiatek. Niestety, musiało obyć się bez ... bo jak się okazało dziś na naszej ulicy ksiądz kolęduje. O koszmarnie dziwnej godzinie - 14.30. Przecież nawet na wsi ludzie o tej porze pracują! No ale cóż, nie przyjąć księdza nie przystoi więc po pracy: pędem po Marcina, na pocztę, do domu. Do tego dwie torby: komputer + dokumenty, drukarka w trzeciej torbie z zapasem papieru i tonerów (bo jednak wszystkich papierów wypchnąć się nie udało). Uffff ... udało się, pomimo zasp dotarłam. Śniegu już z auta nie zmiotłam więc później w garażu czekała mnie dodatkowa robota, ale o tym też chwilkę później.
Ufff ... dotarłam, ale to już 14.45 ... eeeee może w tym roku znowu kolędę zaczną od Zielonej a nie Ogrodowej? Jeszcze zdążyłam powiedzieć mężowi, że najbardziej frustrujące jest to całe czekanie, bo nigdy nie wiadomo, od której ulicy zaczną kolędować i równie dobrze mogą przyjść za 10 minut jak i za 3 godziny. Chyba to nie była dobra pora do takiego komentarza bo ledwie przygotowałam lichtarze i pasyjkę, wodę święconą gdy ministrant zadzwonił domofonem. Hmmm ... a tu stół nie nakryty, Marcin z dziurą, co to akurat dziś musiała się na kolanie zrobić ... No dobra, niech będzie. Kolejny frustrujący moment. Ministrant przychodzi podczas gdy ksiądz "kolęduje" u sąsiadów dom wcześniej. O czym tu z takim chłopiną rozmawiać? Ani ja nie znam jego, ani on mnie. Na szczęście tym razem ksiądz, będący w gościnie, szybko kolędował i za 10 minut zjawił się u nas. Przez te 10 minut dopięłam to co było niedopięte, przynajmniej powierzchownie, w szczegóły zagłębiać się nie będę (w końcu ksiądz to facet i może nie wszystko zauważył). Ksiądz nie wiem który to już raz spisał wszystkie nasze dane: imię, nazwisko, data urodzenia, zawód w przypadku dorosłych, data ślubu, parafia, w której był ślub brany itd itp. Zastanawiam się po co mu to? Przecież proboszcz w dokumentach powinien to wszystko mieć. Kiedyś kościelne archiwa były najpewniejsze. Mąż, który w tym roku wyjątkowo zadowolony przeczekał kolędę we własnym łóżku, coś tam mi o ochronie danych osobowych pomarudził. Ale myślę sobie, że one chyba są dość dobrze chronione, bo chciej tu człowieku coś od księdza wyciągnąć. Chyba że masz układy dobre, albo portfel nie byle jaki ... Kiedyś, gdy przyjaźniłam się z księżmi z mojej rodzinnej parafii kolęda była fajnym wydarzeniem bo spotykaliśmy jak dobrzy przyjaciele, Mama zawsze przygotowała kolację, na którą po skończeniu kolędowania przychodzili księża. To był jedyny okres gdy kolęda sprawiała przyjemność. Nie wiem do końca jaki jest sens tej tzw. wizyty duszpasterskiej. Gospodarze podenerwowani (żeby nie napisać w stresie), ministrant ledwie żywy, zachrypnięty intonował kolędę ... A ksiądz, chwila moment, gadka-szmatka i poszedł.
Tyle chociaż dobrego z tej ekspresowej kolędy, że popołudnie mieliśmy w miarę wolne i spokojne. To znaczy kto miał ten miał, na pewno nie ja.
Mąż mój drogi, lat czterdzieści i coś, unieruchomiony na dobre został - od piątku z różyczką się zmagając. Jak na złość śniegiem od piątku sypnęło. Pierwsze odgarnianie śniegu sprawiło mi przyjemność wielką, a co tam, jeszcze nikomu trochę ruchu nie zaszkodziło. Szczególnie, że całe popołudnie spędziłam z Marcinem u lekarza, który orzekł przejściowe zapalenie biodra.
W sobotę rano było gorzej, bo żeby po zakupy wyjechać musiałam trochę poodgarniać, a śnieg sypał i sypał... Wieczorem kolejne odśnieżanie, było miło, ale już nie tak jak w piątek. Do tego wiadomo, inne obowiązki domowe ... ech, szkoda gadać.
Niedziela była całkiem przyjemna, choć mroźna (najważniejsze, że śnieg nie padał!) :)) Za to wieczorem się zaczęło: zadymka taka, że domu po drugiej stronie drogi nie było widać. Rano jeszcze jakoś wyjechałam, nawet wróciłam do domu jakoś ... ale to nie były komfortowe warunki. Po księdzu, nakarmieniu głodnych chłopaków poszłam odśnieżać. Od tego wiatru zaspy się porobiły okrutne, łopata niezbyt przystosowana do trudnych warunków pracy, bo plastikowa gięła się przy każdej zaspie. Po godzinie wokół domu jakoś wyglądało, może rano uda mi się wyjechać, jak mi drogę odśnieżą oczywiście, bo dziś już ledwie ledwie przejechałam.
Po odśnieżaniu jeszcze czekało mnie zbieranie wody w garażu, która spłynęła z mojego zasypanego auta. W końcu coś, co powinnam dobrze zrobić, jakby nie było to ja sprzątam nasz dom. Pożałowałam mężowi i kupiłam mu byle jakie wiadro (garaż i kotłownia to jego królestwo a ja jestem tam ledwie tolerowana) i mam za swoje. Pod koniec mycia i zbierania tej wody wiadro się przewróciło i cała robota na marne. Już nie będę taką sknerą. Oddam mu swoje stare domowe wiadro, a sobie kupię nowe ...
Planowałam wyjazd do rodziców na jutro ... hmmm, jutro na pewno nie pojadę, może w środę? T. chory, nawet na dworzec zawieźć mnie nie może, autem w taką pogodę podróż mi się nie uśmiecha. A już myślałam, że tym razem bez większych problemów się obędzie. Marcin od czwartku do przedszkola nie chodził (bo się na nóżkę skarżył) więc była szansa, że nie przywlecze jakiegoś paskudztwa. No to T. się musiał rozłożyć :((( I cóż ja mam począć???
Wiedząc, że czeka mnie wyjazd do Gdańska nie wysyłałam mojej Babci kartki, chciałam wręczyć jej osobiście, tym bardziej, że sama ją zrobiłam.
Karteczka odpowiada na wyzwanie na blogu 123scrapujty ale ... po obejrzeniu tych wszystkich profesjonalnych i cudownych prac nie mam śmiałości jej zgłosić, tak wiele muszę się jeszcze nauczyć. Karteczka, choć bardzo skromna, mi osobiście się podoba, włożyłam w nią dużo serca, szczególnie w koronkę (o wiele trudniej obrabiać papier niż materiał) i myślę, że Babci też będzie się podobała :)) Zdjęcia fatalne, pomimo, że biegałam od lampy do lampy z jadalni do kuchni, z kuchni do pokoju ... :((
Tu z grosikiem, dla ukazania "wielkości" kwiatków zrobionych z cieniutkiego kordonka do obrębiania chusteczek.
Kiedyś obowiązkowo robiłam Babciom i Dziadkowi laurki. Teraz mobilizuję do tego dzieci, sama przechowując wszelkie laurki i prace ręczne na pamiątkę. Niech ta karteczka będzie taką właśnie laurką! :))
Pozdrawiam serdecznie i ściskam gorąco. Mam nadzieję, że wkrótce odezwę się jednak z Gdańska! :)
P.S. I stało się, wieczorem przejechał pług. Rano pod bramą miałam pół metrowe zaspy, tego co pług zgarnął z drogi i to co od nowa nawiało. Po 1,5 godziny odśnieżania miałam dość. Jak już skończyłam bo inaczej nie było szansy na wyjazd, pług pojawił się na horyzoncie. Ha! Stanęłam z łopatą na drodze (że niby nie widzę i odśnieżam, w końcu dwa kaptury na głowie powodują, że mam prawo nie widzieć i nie słyszeć). Albo Pan był bardziej uprzejmy, albo tak sugestywnie walczyłam z resztą śniegu, w każdym bądź razie nie zgarnął mi śniegu z drogi pod bramę tylko jeszcze pozbierał to co się nazbierało wokół i zgarnął na pobliskie pole :))
Moje odśnieżanie zaczyna mi przypominać to: http://forum.nissanklub.pl/index.php/topic/73914-ukochany-domek-w-beskidach/ - ale ostrzegam, nie dla wszystkich ;)
A wracając do kolędy ... widziałam na youtube, że to niezwykle popularny temat dla kabareciarzy, np. kabaret Nowaki: http://www.youtube.com/watch?v=oXEwPizkSUc
Przepraszam, że tak trochę ironicznie dziś, ale cóż robić jak nic nie idzie tak jak iść powinno? Pośmiać się jedynie można.
Kartkę zgłaszam na wyzwanie na 123scrapujty (rozkaz to rozkaz). Poniżej zdjęcia z dzisiaj, niestety też nic szczególnego ... aparat miałam oddać do naprawy podczas wizyty w Gdańsku. Już i tak nikt nie zdąży mi naprawić podczas mojego pobytu więc będę czekać aż rodzice mi przywiozą.
Wyzwanie brzmiało:
- przewaga koloru zielonego (jest!)
- użycie wstążki lub koronki (zrobiłam własną)
- przynajmniej trzy kwiatki (są!)
- przynajmniej 3 warstwy (są!)
- przynajmniej 1 element quillingu (jest! - ale miałam problem bo nie wiedziałam co to w ogóle jest. Znalazłam fajny filmik pokazujący jak zrobić podstawowe kształty z papieru, polecam:
http://www.youtube.com/watch?v=F0LL1JbCXn0 )
Uciekam do pracy. Ściskam serdecznie! :)





Anka!!! Wieczorem więcej napiszę - a teraz rozkaz: na bloga 123 Scrapuj Ty marsz! i zgłaszać mi tutaj szybciutko tę karteczkę!
OdpowiedzUsuńJak rozkaz to rozkaz ...
UsuńNa naszej wsi kolęda od godz. 9. to dopiero poroniony pomysł :-/
OdpowiedzUsuńPiękne te Wasze prezenty na Dzień Babci i Dziadka :-)
Właśnie nie wiem dla kogo ta kolęda o tak wczesnej godzinie, przecież ludzie specjalnie urlopu brać nie będą.
UsuńKolęda wiadomo po co - po kopertę. U nas trwała dosłownie kilka minut, a wydawać by się mogło, że wizyta duszpasterska to chęć poznania parafian, ich problemów, trosk, nadziei i radości... Taaa! Rzeczywistość jednak bywa bardziej brutalna!
OdpowiedzUsuńNieraz tak sobie myślę, że chociaż księża mają szansę poznać swoich parafian (ale nie o 14.30! ani tym bardziej o 9! jak pisze Martek) i zobaczyć jak żyją, szczególnie myślę o tych najbiedniejszych, potrzebujących wsparcia. Tylko, że najczęściej z takiej wizyty poza stresem nic nie wynika.
UsuńJa też mam nadzieję :D
OdpowiedzUsuńZgłoś kartkę, przecież nie chodzi o to, by tam nie wiedzieć jakie bogactwo naładowane było, tylko by miała przekaz, styl, no :)
Już mnie nawet dzisiaj Teściówka pocieszała ... Będę pisać na priv :)
UsuńU mnie się księdza zaprasza na kolędę, ale ja tego nie robię, bo nigdy nie wiem, kiedy to będzie i czy będę mogła wziąć wolne. Pewno, że zgłosić karteczkę!!!!! Współczuję tego odśnieżania, mi samochodu wystarczy codziennie.Zimie mówię zdecydowane "nie"
OdpowiedzUsuńDzielna z Ciebie kobieta, że to wszystko ogarnęłaś ;-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Postępy robisz, koronka niezmiennie cudna! Dziękuję za udział w wyzwaniu na blogu 123 Scrapuj Ty!
OdpowiedzUsuń